Sokół II

A sokół przywiódł mnie do jeziora
O wodzie pięknej jak jego oczy
W toni był głos, głos, który wołał
To miejsce, ten głos mnie zauroczył
Gdy chciałem odejść i ruszyć dalej
W szepcie sitowia słyszałem : nie
I blask i zapach - wszystko wzywało
Do pozostania tu choć przez dzień
Uległem - może to przez zmęczenie
Albo przez czar zaklętej wody
Może po prostu zgubiłem znaczenie
Takiej bezkresnej, samotnej drogi
W wieczornej mgle znalazłem łódź
A sokół był nawigatorem
Pewnie nawet gdybym mógł
Nie wróciłbym na tamtą stronę
Ułożyłem się wygodnie i wtuliłem w koc
Mógłbym tak płynąć całe wieki
Księżyc posrebrzał całą noc
A mgła zamknęła mi powieki
Potem było coś więcej
Niż tylko przebudzenie
Przyglądało mi się szczęście
Nie... nie szczęście - marzenie
Ta kobieta była magią
Była jeziorem i ogniem
Była ciepłym wiatrem, a nad nią
... powoli wzeszło słońce
powiedziała do mnie tylko jedno zdanie
„Poranki tutaj bywają chłodne"
a mnie się wydało, że to nie poranek
ale moje życie. W jej oczach. Były przecudowne.
Podała mi gorącą herbatę
I uśmiechała się patrząc jak łapczywie
Piję. Pokazała w stronę małej chaty
Potem odwróciła się i przez chwilę

Wydawało mi się, że rozpłynie
Się we mgle. Poczułem,
Że chcę coś powiedzieć, a mogę jedynie
Wyszeptać : "dziękuję"
Nie było w mym życiu piękniejszych chwil
Ani niczego tak wspaniałego
Nie było nikogo, kto dałby mi
Tyle spokoju tak kojącego,
Tyle pieszczoty cudownych dłoni,
Spojrzeń, uśmiechu, słodkiego szeptu
Dłonie przy sercach, usta przy skroni
I niezapomniana magia zmysłów
Aksamit jej ciała i kropla potu
Na czarnych jak noc, pachnących włosach
Złączone dusze, nad nami sokół
Jedyna noc o tysiącu nocach.