Muzyczne zakupy.

It's been a while.

Naprawdę nie wiem po co o tym piszę bo już poszukiwania innych (nazwijmy je wybitnymi, a co tam) słuchawek dotyczą jakiegoś ułamka procenta osób uprawiających słuchanie z mp3 czy innych ustrojstw.

A jeśli tak to jaki % z tego ułamka będzie potrzebowało czyjejś opinii o sprzęcie, który opiszę poniżej? Ułamek Ułamka. Potraktuję ten wpis jako trening pisarnictwa zanim zajmę się czymś z głowy zamiast z życia.

Nie przypuszczałem, że "skończę" z takim sprzętem. Naprawdę. Ale po kolei.

Do tej pory kiwałem głową przy zestawie iRiver Spinn + CAL! i było bardzo dobrze. Niedobrze było przy Spinn + Koss Porta Pro, więc Kossy trza było sprzedać jak najszybciej (szkoda mi ich czasem, jak się szczelnie nałożyło to basem czyściły nozdrza mimowolnie). Ale tylko czasem. Uszy też sie uczą i moje nauczyły się zupelnie innego dźwięku przez czas korzystania z CAL! - czystego, przestrzennego. Ostatnio je nałożyłem i po paru sekundach zdjąłem bo słyszałem tylko monotonne buczenie. Cóż, kierunek poznawania jest tylko jeden - forward. Podobnie przy jedzeniu, filmach, książkach i ludziach. Ciężko dobrze się czuć w towarzsytwie kogoś ograniczonego gdy poszło się już spory kawał naprzód. Jakkolwiek niehumanitarnie i nieamnestyinternationalnie by to brzmiało.

Ale wracając... Spinn i CAL! poszły do nowego właściciela, który jest niezmiernie zadowolon z jakości dźwięku. Co teraz? Jakaś pustka nastała. Więc od nowa trzeba było zapoznawać się z tym co obecnie w świecie playerów piszczy (i jaka jest jakość tego piszczenia). Spinn to było dla mnie ciut za dużo (dotykowy ekran, możliwość wgrania skórek, wibracja przy dotyku, bluetooth, gry java, albumy ze zdjęciami, filmy, podcasty...) z 90% tych rzeczy nigdy nie skorzystałem lub skorzystałem raz w momencie pokazywania komuś "patrz, heh, mój player ma painta". Niewątpliwie przemawial za nim design, jakość dźwięku i wygoda korzystania (świetnie zaprojektowany rolkoprzycisk).

Co mnie pchnęło by go sprzedać? Chyba jakaś monotonia - poznałem bardzo dobry dźwięk, ale gdzieś jakoś kiedyś, coś... podświadomie podszeptywało, że chcę poznać ten świetny dźwięk bo bardzo dobry już nie wystarcza.

Wybór padł na Nationite Nanite N2 - z dwójki rozważanych (+ Cowon E2). Nieduży, ładny, designem odwołujący się do starych MP3 Sony z organicznym wyświetlaczem. Co do słuchawek: NuForce NE-700x (co do zakupu przeważyła dostępność i chęć posiadania słuchawek dokanałowych do 200zł, które mają trochę tzw fun-u, a nie tylko analitycznej dokładności jak Phonak Audeo). Do NuForsów pianki Comply, ale to już popis audiofilstwa w klasie średniej. Czy dobrze zrobiłem? trudno stwierdzić - musiałbym porównać z innymi słuchawkami podczas dłuższej i bardziej złożonej próby. Znałem wady tych słuchawek i je potwierdzam - przy bardziej złożonej i intensywnej muzyce gubią się i cała scena wali sie na łeb na szyję niczym szafa wypchana gratami podczas eee... (rymuje się tsunami ale dajmy) sztormu.

Nie do końca to mądry zakup ze strony czlowieka, który słucha w 90% metalu, folk metalu, viking metalu (ta, metal metal metal and steel - by NanowaR).

Nationite chodź znakomity (nieco żywszy, odrobinę cieplejszy niż Spinn, a zabawa z jego czipem bardzo radosna) został użyty raptem 4 razy.

Dlaczego? Ano dlatego, że naszło mnie olśnienie: nie dam rady słuchać mp3. Ot tak, któregoś dnia, nie wiem może jakaś wajcha się w mózgu przestawiła. Chcę jakości nieskompresowanego dźwięku i koniec. Nie ma zmiłuj i nie ma, że boli. Nationite nadal grał świetnie, ale wiedziałem, że chcę czegoś innego.

No i co teraz... Ni to discmany ni to drogie odtwarzacze MP4. IRiver robił kiedyś bardzo porządne discmany "slim" i nawet nie były jakieś mocno najdroższe (udało mi się nawet wyłuskać taki sprzęt na allegro). Ale jednak... no nie to (szczególnie bawienie się w nagrywanie miliarda płyt CD w zależności od nastroju muzycznego czy potrzeb... a doszukiwanie się czegoś co odtworzy CD-RW, albo CD z MP3 - co jest juz paranoją i jakąś chorą incepcją). I wtedy przypomniał mi się obrazek zapamiętany sprzed (!) 15 lat: mój brat częstujący mnie muzyką z kiepskich jak nieszczęście (wtedy wydawały sie cudem z kosmosu) nausznych słuchawek Sony podłączonych do... Sony MD. O ile się nie mylę była to Kate Bush.

Jakość zrobiła na mnie wrażenie. Duże. Jeśli coś pamięta się przez 15 lat to było to albo fajne albo traumatyczne. To było fajne. Zacząłem szukać, szukać i przeglądać, i czytać. Zacząłem od formatu, bo ATRAC, którego używały i znały MD to ciut co innego niż MP3. Albo całkiem co innego. Inny rodzaj próbkowania, bardziej odpowiadający charakterystyce tego co ucho słyszy w rzeczywistości. Przez co ATRAC 64kbps jest odbierany jako lepsza jakość dźwięku od MP3 128kbps (słyszalna poprawa jakości). Ale stratny. Przez lata (ponad 20 lat!) ATRAC doszedł do formatu (nazewnictwo jest tak samo pomylone jak i traktowanie MD przez Sony) 320kbps (biorąc pod uwagę ATRAC 64>MP3 128) co daje naprawdę dobrą jakość. Ale stratny!

Sony wymyśliło, opracowało i wdrożyło MD. Ale, co jest już legendarne, olało całkowicie medialną kampanię, marketing prawie się nie tykał. W rezultacie nie tylko nie pokonało CD ale nawet się nie zrównało, a obecnie i format i urządzenia a nawet nośniki dla tego sprzętu umierają. Ostatni model MD ukazał się w 2008 roku i to by było na tyle w sprawie MD.

Ale jaki model.

O ja pierdolę. Już MD mojego brata zrobiło na mnie wrażenie (nie sięgam pamięcią który dokładnie to był, ale to jeden z wczesnych ATRAC-ów) jako sprzęt kosmiczny, o świetnym, wybitnym wręcz designie kompaktowego sprzętu Hi-Fi zamkniętego w małej, kwadratowej obudowie, kompletnej i zupełnej z kazdej strony. Dodatkowo jest to urządzenie mechaniczne. Śmieszne? Otóż w tej chwili nei mamy urządzeń mechanicznych. Odeszły do lamusa. MP3/4, telefony, tablety to są urządzenia elektroniczne. Nie mechaniczne. A tutaj wkładamy nośnik (który w niezliczonej ilości filmów s-f służył za gadżet związany z danymi) wyglądający futurystycznie, zawierajacy ruchomą płytę w zamkniętej kasetce, do mocno zamocowanej klapki wychylającej się tylko trochę, wypychającej na jakiś 1cm płytę na zewnątrz przy otwieraniu. Może i jestem zboczony ale już samo to mnie kręci. I pilot! Matko Boska HaDeDruga (Patronka HTC), jaki tam był pilot. Podłużny, zamontowany na kablu, z wyświetlaczem pokazującym (albo) tytuł plyty (albo) nazwę artysty (albo) tytuł utworu. Albo wiele innych rzeczy. Ale nie napierdalający we wszystkie kierunki equalizer z jakimś kolorowym podkładem, z którego czerpią przyjemność tylko uzależnieni od metaamfetaminy.

To można nazwać sprzętem.

Ale stratny!

Otóż. Sony wcale nie zostawiło tak do końca idei MD, ale pracowalo usilnie nad nowymi technologiami dla produktu, którego samo wcale nie promowało. I opracowalo standard Hi-MD czyli płyty MD, na którą można zmieścić ~1GB i... możliwość nagrania dźwięku bezstratnego prościutko z CD (bez jakiejkolwiek kompresji -> 1411kbps). W międzyczasie domyślono Net MD, czyli możliwość nagrywania muzy z kompa (w czasach mojego brata nagrywało się muzę na MD z wieży przez światłowód).

Czytanie o rozwoju MD, szczególnie formatu ATRAC może przyprawić o łysienie w miejscach intymnych (co jest teraz modne, ale nie dla mnie, wolę kiedy kobieta wygląda kobieco a nie jak uciekinierka z Fukushimy 1), bo nie był to rozwój ani liniowy ani momentami sensowny. Koniec końców doprowadzono do tego, że można urządzenie MD podpiąć do kompa, nagrać płytę o jakości CD i to wszystko w krótkim czasie (ha, kiedyś MD nagrywały w czasie rzeczywistym, czyli godzinną płytę nagrywało się w godzinę).

Gdzieś w tych pozukiwaniach moich a były one nadzwyczaj skrupulatne (połączone z zerkaniem na allegro na jeszcze zipiące modele MD) mój wzrok padł na... wspomniany model: ostatni sprawiedliwy, król MD, łączący w sobie wszystko co Sony przez ćwierć wieku włożyło w MD, jeden by wszystkimi rządzić... Sony MZ-RH1.

JA PIERDOLĘ JAKI ON JEST PIĘKNY.

Matowo czarny z morskoniebieskim organicznym wyświetlaczem, ze wszystkimi tymi cichutkimi mechanizmami, które szurają i bzyczą gdy wkłada się lub wyjmuje dysk. I podświetlany pilot tak napchany przyciskami, że aż się robi słabo.

No i koniec. Myślałem o nim przez dwa tygodnie nie mogąc sie zdecydować czy bardziej chodzi mi o jego wygląd (ja nie chcę nikogo obrażać ale iPod Touch wygląda przy nim jak gumowy wibrator dwuosobowy) czy o to co potrafi.

Potrafiłem tylko myśleć o tym jak to jest słyszeć muzykę jakości CD patrząc na opadające kolumienki equalizera stereo w kolorze jasnoniebieskim.

Teraz, coż. Sporo osób nazwie mnie chorym. Albo bardzo chorym. Albo głupim.

Ale słuchając muzyki z MZ-RH1 przez Grado SR-80 mogę powiedzieć jedno: jestem w domu.