Sen

Wpatrywał się w niebo jakby odpowiedź miała za chwilę nadejść właśnie stamtąd. Poza tym chmury uspokajały; nie dawały żadnych gwarancji, żadnej pewności, ale swoją obojętnością nadawały myślom płynności a umęczonym zmysłom bezruchu.Przymknął powieki i powoli, jednostajnie wciągnął chłodne nocne powietrze. Przynajmniej powietrze było takie jak zawsze. Przesycone księżycem, lasem, zewem nocnych zwierząt. Rozłożył ręce i trwał tak dobrych kilka chwil, po czym pooddzielał te myśli, których był najbardziej pewien.

Obudził się kilka godzin temu. Tego czy spał, czy był nieprzytomny, a także ile czasu tkwił w tym stanie - nie potrafił sobie przypomnieć. Wchodząc tu, na najwyższy balkon wieży, zatrzymał się na chwilę przed zapajęczonym, przekrzywionym zwierciadłem. Zapamiętał swoje odbicie, a właściwie ten widok sam wgryzł się w jego pamięć kalecząc ją brudnymi pazurami. Wychudzona, trupioblada twarz z długimi kruczoczarnymi włosami. Włosy lśniły w mroku. Nie takiego siebie pamiętał, nigdy przecież nie miał długich włosów!

Chociaż... chociaż starając się gorliwie wypełniać luki w pamięci jakimiś strzępkami obrazów - nie... nawet tego nie mógł być pewien.

Wieża. Kilkakrotnie podejmował próby uzupełnienia pamięci od momentu, w którym się tu znalazł. Nie wiedział.

Przypominał sobie przeróżne komnaty, księgi, stoły, piwnice...

Tak, to w piwnicach się ocknął. Na podłodze.

Zwykła kamienna podłoga, trochę gruzu, jakieś belki i kurz. To raczej niewiele wyjaśniało.

Zaraz... kurz! W obrazach sprzed snu nie było kurzu!

Nie było zwalonych belek, poprzewracanych regałów z książkami, a zwierciadło było czyste i nietknięte. A w tamtym zwierciadle zobaczył silnego młodzieńca w skórzanej zbroi i kapeluszu. Miał krótkie włosy.

Co się mogło stać?

Dopiero teraz otworzył o czy i opuścił ręce. Poczuł się bardzo, bardzo wyczerpany, a noc wydawała się wciąż wygrywać ze świtem.

Zmęczenie, głód i dojmujące zimno. To oznaczało, że żył - wróciła otucha i skupienie nad podstawowymi potrzebami. Potem będzie czas na dociekanie.

***

Wpadła na niego przypadkiem, przechadzając się wzdłuż linii leśnych wodospadów. Przechadzka to dość nietypowe określenie jeśli chodzi o tereny tak niebezpieczne, że ludzie nie zapuszczali się tu nawet w zwartych grupach. Ale właśnie dlatego tu zaglądała - nie lubiła ludzi. To znaczy owszem, fascynowali ją, ich pragnienia, troski, ich wieczne błądzenie. Ale nie mogła znieść ich spojrzeń, słów, w ogóle ich materialnej formy.

Nawet tutaj, gdzie nigdy ich nie spotykała - pozostawiała tylko wrażenie swej obecności, ulotną myśl, że mogłaby akurat przechodzić tuż obok.

Pamiętała dzień, w którym poczuła jego tęsknotę. nie czystą czy piękną, ale ludzką, pełną wyrzutów, złości a nawet gróźb wobec zbyt wielu adresatów.

Mało powiedziane, że chłonęła jego tęsknotę, szła za nią, ba, pragnęła ją w sobie rozbudzić, zatrzymać jak wieży chłód źródlanej wody w spragnionych ustach.

Trafiła do wieży i trafiała tam co noc wiedziona jego snem jak świetlnym szlakiem. W pewien szczególny sposób opiekowała się nim śpiewając, nucąc, szepcząc...

Gładziła kosmyki jego włosów, brała jego twarz w ramiona i drżąco muskała oczy delikatnymi jak mgła ustami. Szczególny był to sposób gdyż wiedziała, że nie może jej usłyszeć, poczuć, nigdy też nie poczuje jej oddechu.

Jego jedynego nie bała się.

Upajała się jego snami, słuchała ich, zapamiętywała je, bawiła się, bała i cieszyła razem z nim w jego snach.

Teraz wie o nim więcej niż ktokolwiek, niż on sam, wie o tym co się wydarzy. Wie, że pozostanie przy nim choćby nawet...

Jeśli miałyby się spełnić sny.

***

Zmarznięty, choć zadowolony z faktu, że w końcu coś namacalnego, rzeczywistego zaprząta jego ociężałą od pytań głowę, zaglądał do komnat najwyższego piętra wieży. Wszystko co mogło zostać przewrócone - leżało na ziemi. Książki walały się między połamanymi regałami, stołami, stolikami utopione w kurzu, brudzie i drzazgach. Pierwsza myśl jaka przyszła to ktoś, kto dawno temu czegoś tu szukał. I to gorączkowo, bo na pewno nie starał się zatrzeć po sobie śladów. Tu raczej przebywał ktoś na tyle uparty by wyżyć się na każdym ruchomym, łamliwym przedmiocie.
Wreszcie dokopał się do powykręcanego złotego kandelabru, pod którym spoczywała postrzępiona kotara nie do końca określonego koloru. Uśmiechnął się po raz kolejny patrząc na swój nowy strój galowy i pozwolił aby myślami pokierował wygłodzony żołądek.

Chłodna noc wygodnie rozsiadła się wokół wieży zaglądając do grubych okiennic w poszukiwaniu człowieka wzbijającego tumany kurzu w co rusz to innych pomieszczeniach. Cisza... cisza nie taka, w której wszystko trwa w oczekiwaniu na jakiś odważniejszy odgłos, który ją przegoni. Była to cisza śmiałków zamilkłych na zawsze, cisza eliminująca dźwięk w sposób definitywny i nieuchronny. Nie była złowroga lecz jednakowa dla wszystkich. Tu nawet nie chodziło o śmierć ale o to jak do niej dojdzie i co będzie się działo potem. Chroniona przez noc, podsycana przez chłód, wyśpiewywana przez wiatr, dążyła ku wieży.

Przemieniła się w mgłę, potem w sztormową falę, później jeszcze w krwistoczerwoną zorzę. Otaczała, podchodziła, próbowała, szukała jakiejś luki, błędu, czegoś, co pozwoliłoby jej wślizgnąć się i zatrzymać czas kolejnej ofiary. Znów panowałaby tu cisza...

Ale aura wokół budowli chroniła wręcz idealnie, pewnie, nieprzerwanym strumieniem rozlewała się aż do pierwszej linii drzew.

Jakieś istnienie o mocy znacznie głębszej niż ludzka starannie zadbało by nic nie zakłócało snu człowieka w wieży.

Wiedziała, że nie może mu przywrócić pamięci, wspomnień, ale mogła ocalić sny, odczuć je razem z nim, patrzeć jego oczami, wzruszać się, tęsknić, lękać się i marzyć.
Gdy sny przycichały pozwoliwszy duszy odpocząć, zmuszała się by myśleć, by rozumieć takimi kategoriami jak ludzie. Nie cierpiała tego tak bardzo, ale przecież chciała go uratować, pomóc mu. Układała fakty jak tylko potrafiła najlogiczniej, wiedziała jednak o tym, że nie dane jest jej odróżniać co snem, a co wspomnieniem. Musiała zrobić co jeszcze. Niech nie pyta ten, kto nie chce słyszeć prawdy, rzecze stare porzekadło. Ona jednak chciała tego. Chciała spełnić się dla mężczyzny śpiącego w wieży. By dowiedział się co tak naprawdę się stało. Przemówiła językiem duchów i przekonała jego duszę, żeby wyśniła prawdę...
Wybiegła z wieży szlochając i nerwowo wciągając powietrze. Chciała krzyczeć i jednocześnie mocno przyciskała dłonie do ust. Rozglądała się dosłownie wszędzie, jednak nie mogła uzmysłowić sobie gdzie jest i dokąd biegnie. Ciągle potykała się o gałęzie, kamienie, ale natychmiast podnosiła się i biegła dalej bezładnie myląc kierunki. Przedzierając się przez gęste i kłujące zarośla - nie wytrzymała - zaczęła krzyczeć, wrzeszczeć przechodząc w ostry pisk, który - jeżeli byłby przez kogokolwiek słyszalny - na pewno pozbawiłby słuchu. Dopiero po jakimś czasie padła bez sił łkając coraz ciszej i już bardziej miarowo łapiąc oddech. Mijał czas, którego nawet nie starała się nazwać. Wpatrywała się nieruchomo przed siebie starając się za wszelką cenę nie powracać do obrazów ze snu, te jednak tkwiły na tyle mocno, że nie pozwalały się zignorować.
Wszelakie odczucia jakie krążyły w niej i wokół niej zaczęły kształtować się w wizję jego śmierci. Powinien umrzeć.

***

Cieplej, może nawet mniej trwożnie i jakaś taka dziwna namiastka domowego bezpieczeństwa, a to wszystko za sprawą glinianego pojemnika z suszonymi jabłkami i drugiego, mniejszego - z rodzynkami. Rozsiadł się wygodnie jak dziecko, na samym środku stołu, a zmysły budziły się do swego zwykłego wtykania nosa w każdy kąt rzeczywistości. Uczta zakończyła się polowaniem na ostatnią rodzynkę, która salwowała się ucieczką po blacie stołu, przed wyrafinowanym rodzynkowym myśliwym.

Gdy zmysły rozsmakowywały się jeszcze w pierwszym posiłku i rozbiegane jak małe chciwe lwiątka gryzły i podszczypywały jabłkowo - rodzynkowy aromat, umysł starał się przekształcić humor w dawkę świeżych sił do działania. Dotarł na dół, przebiegł wzdłuż głównego hallu aż do wejściowych wrót, masywnych niby ospałych, a jednak wciąż spełniających swą strażniczo-więzienną rolę. Oglądał je z pewnej odległości lub z bliska, skrawek po skrawku w nadziei, że co przeoczył za pierwszym, drugim i trzecim razem.

Pozostały niewzruszone, obojętne i definitywnie nieotwarte.

Innym znowuż desperackim pomysłem na wydostanie się z wieży było zsunięcie się po czymś co jeszcze pozostawało w sferze późniejszego dookreślenia. Z tym ciekawym przedsięwzięciem przed oczyma począł wspinać się po krętych wysłużonych schodach, przy okazji łapczywie rozglądając się za odpowiednikiem liny. Do owego pomieszczenia wpadł co prawda z pustymi rękoma, ale za to nie bez nadziei.

Wyraźniej niż zimne kamienie podłogi, poczuł duszący chłód, który wdzierał się pod paznokcie, powieki, włosy... w jakim ściśle określonym celu. To było wrażenie nie pozbawione przyczyny ni źródła.
Podniósł oczy i powoli rozejrzał się.
Zobaczył. Krew odpłynęła mu z twarzy.

***

Biegła co sił, tym razem nie dbając o przeszkody ani dawno już rozmytą cielesną postać. Biegła zmysłem, pragnieniem i snem, tym czym się stała, nim się stała naprawdę. Wiatr, który był częścią jej duszy, i to większą niż mogłaby uznać, odezwał się przejmującym szeptem ciszy i z bezdźwięcznym wyciem wyprzedził o krok nadając kierunek i oplótłszy wieżę zawrócił by zmrozić jej duszę do stokroć bardziej zmysłowego galopu.

Moc, która nie tylko płynęła ale i faktycznie była jej żyłami, tylko czekała by przysłużyć się ożywionej żądzy krwi. Raz spuszczona z powrozu była jak wulkan, który zabójstwo planuje perfidnie, mozolnie i dziko. Biegła by ugasić wulkan, a szans miała tyle co i człowiek w wieży. Czasu tyle co nic. Sylwetkę budowli dostrzegła już wcześniej oczami umysłu. Teraz miała kolor panicznego ludzkiego lęku. Nawet nie wiedziała co powinna zrobić. Oczywiście biorąc pod uwagę, że zdąży.

***

Istota podniosła się bezdźwięcznie, a człowiek szarpiąc swoje własne myli obawą o życie starał się zaufać któremukolwiek ze zmysłów.

Zamknięty w duszy, niedotykalny czasem moment, w którym człowiek usiłował nie istnieć schowany za własnymi ramionami, istota przerwała odbierającym dech spojrzeniem źrenic pełnych wiedzy wyssanej dziesiątkami tysięcy lat mordu. Zabrzmiał głos, a człowiek mógłby przysiąc, że krew właśnie przestała w nim krążyć.

Głos... wypowiedziany przez legion pozbawionych duszy krtani przyzwyczajonych bardziej do charkotliwego zwycięskiego skowytu nad zwłokami rozszarpanej ofiary niż do jakichkolwiek słów... Brzmienie nie wydawało się mieć końca.

- A więc oto stałeś się Siódmy Poszukiwaczu, niezliczone pieśni odeszły w niepamięć, nim przyszedłeś. Tym bardziej zaszczyconym czyni mnie twoja tu obecność. Ale i ty bądź dumny, bo oto sam Demon Zagłady przyszedł zgnieść twoją nadzieję i życie zarazem.

Człowiek przykucnął nie mogąc znieść tortury tego plugawego dźwięku, z uszu pociekła strużka krwi a oczy za nic nie chciały pozostać otwarte.

Bestia roześmiała się odrzucając do tyłu łeb z imponującym poskręcanym porożem, po czym zaprezentowała człowiekowi kły ociekające posoką zbliżając je powoli, jakby ignorując czas, do twarzy człowieka, któremu spod jakiejkolwiek kontroli wymknęły się nawet myśli.

Stworzenie w przedziwnym, usypiającym choć pełnym lęku i przerażenia tańcu, na przemian prostowało i zwijało swe czterometrowe cielsko, to zwalniając to przyspieszając oddech, muskając ukrytą w dłoniach twarz człowieka błoniastymi skrzydłami lub ostrymi jak lód i czarnymi jak obsydian szponami - sprowadzając bezbronne istnienie w dół do granicy szaleństwa, na sam skraj opętania.

Człowiek usłyszał głos.

Ale nie, głos to przecież szaleństwo... tyle, że ten był ludzki - tak mu bliski. Modlitwa? Słowa odwagi. Słowa męstwa, niezlęknione wędrowały swoim tempem i na przekór przeklętemu zakrzywiającemu czas i przestrzeń tańcu demona - parły wprost do tej właśnie sali.

...wbrew ciemności zmierzam ku światłu...
...za dnia odważnie kroczę w noc...
...pojawiam się wśród cieni...
...niemoc serc czyni mnie potężnym...
...obrońcy światła są po MOJEJ stronie...

Słowa coraz bliższe, wyraźniejsze, zatrzymały się w końcu tuż za plecami człowieka. Zamilkły wprawdzie, lecz odwaga, którą wymówiły wciąż istniała, wciąż wypychała z powietrza strach przed potworem, zajmując owego strachu miejsce. Człowiek otworzył oczy, lecz to co zobaczył wcale nie przekonywało go, że szaleństwo ma swój kres.

W wejściu stał człowiek. Starszy, łysiejący, krępej, słusznej budowy. O spojrzeniu spokojnie badającym przeciwnika.

Nie było w nim krzty duszącego lęku, co dla człowieka skulonego na podłodze było chyba większym zaskoczeniem niż sam tysiącletni demon z piekielną cierpliwością zaciskający pięści.

Co ciekawsze, demon nawet nie był łaskaw obdarzyć swym spojrzeniem nowo przybyłego, który najwyraźniej szykował się do starcia. A ów, przeciągnął się, splunął, zatarł dłonie i sięgnął za plecy po imponujący dwuręczny miecz. Demon ryknął, a wieża zadrżała w posadach, po czym postąpił o krok prezentując olbrzymią rozpiętość kolczastych skrzydeł, cały czas patrząc w punkt tuż nad mężczyzną, wyraźnie go lekceważąc.

Mężczyzna z mieczem splunął raz jeszcze, zmrużył oczy i rzekł:

- Spójrz mi w twarz skurwesynu.

Potwór nie zdzierżył obelgi i rzucił cielsko wprost na śmiałka. Człowiek pod ścianą zapragnął zemdleć, jednak nie mógł nawet zamknąć oczu, wszystkie jego zmysły chłonęły tą szaleńczo dla niego niezrozumiałą scenę.

Wojownik wyminął niezgrabnie atakującą bestię, przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, odwrócił się i ciął dość głęboko, pewnie, pozostawiając w ciele stwora głęboką, ponad półmetrową bruzdę.

Krew demona jeszcze dobrze nie splamiła podłogi, a człowiek był gotów do następnego ciosu, jednak w ostatniej chwili stworzenie, choć niezbyt płynnie, uchyliło się przed klingą. Miecz ponownie wystrzelił w powietrze, tym razem nie pozostawiając możliwości jakiegokolwiek uniku. Demon nie zniżył się do tego by zawyć z bólu. Warknął tylko i przypuścił atak skrzydłem. Człowiek ani drgnął.

***

Dopadła do drzwi. Zobaczyła walczących. Zanim dokona tego co zamierzyła - musi oddać mu jego sny, całą istniejącą prawdę o nim.

Musi się przede wszystkim pojawić.

Spojrzała na skulonego i wystraszonego...

Zawahała się.

Jej los zapisał się zanim ona sama mogła choćby nabrać powietrza... Ale on?

On był człowiekiem, a skoro tak...

Może jest szansa?

Miecz płynnie przecinał powietrze śpiewem niewinnym, skorym do zabaw, to znów pieśnią ostrą, urywaną w pół słowa, znowuż to usypiającym, cichym nuceniem, zapraszającym do snu... A klinga niezauważalnie zataczała coraz ciaśniejsze kręgi, węższe, bliższe, leniwie i prawie lekceważąco dając do zrozumienia o jakim śnie to pieśń.

Człowiek jest wolny - myślała - i jeśli tylko uwierzy, jeśli tylko...
Uratuję go, oddam mu sny, zawierzę wolności, muszę go tylko dotknąć...
Muszę tylko zdążyć...

Pieśń miecza dopadła gardła demona niczym spragniona krwi kobra. Tuż obok zwalistego cielska potwora, cicho, bezszelestnie zasnęła kobieta...
Wpatrzona w tego wystraszonego, na wpół oszalałego człowieka skulonego pod ścianą sali tronowej, w której był do bólu świadom krwawej, niezrozumiałej dla niego walki, i ani krzty świadomoci nie zostało dla tej, która tak bardzo chciała zdążyć.