Placówka.

Tak się zastanawiam co mnie tu przygnało. Nie mam pojęcia. Tyle jest zawodów, tyle profesji mniej lub bardziej szanowanych. A ja jestem właśnie tutaj i zajmuję się tym czym sie zajmuję. Przecież jeszcze parę lat temu, gdyby ktoś powiedział mi, ze będę patrzył na to, na co teraz patrzę - popukałbym się w czoło, wyśmiał a może jeszcze potraktował mówiącego jakimś chłodniejszym słowem.
Ja w laboratorium? Ja? Przenigdy. Jakim cudem? Jaką ja wiedzę naukową posiadam albo jakie w tym kierunku uzdolnienia? Żadnych.
Ale czasy się zmieniają, świat się zmienia i to co było pewne dzisiaj, jutro już jest jakąś wesołą wizją artysty, który nie stroni od środków dopingujących. Siedząc dziś przed telewizorem i oglądając wiadomości można mieć przekonanie, ze kolejny i kolejny raz ogląda się to samo - wojny, konflikty, spory polityków, układy, układziki, paranoje, wypadki, wpadki i znanych ludzi. Często nabiera się przekonania, że świat już zawsze będzie taki. Co najwyżej z telewizora biało czarnego zrobi się podświetlany, plazmowy albo 3-D. Co najwięcej z wojny na karabiny zrobi się wojna na lasery. I chyba tyle w tym temacie. Ale jednak zawsze gdzieś następuje przelom, zawsze gdzieś zadzieje się coś, albo więcej niż jedno coś, co spowoduje, że świat ruszy jak wózek zepchnięty z górki. Stulecia całe używamy mieczy i wydawałoby się, ze będzie tak już zawsze, a jednak w pewnym momencie sploty wydarzeń powodują, że w niedługo później przyjeżdża czołg. Świat chyba lubi nagłe zmiany po dłuższym okresie lenistwa i błogiej stabilizacji.
W tej konkretnej chwili opieram się o poręcz i patrzę w dół. Przyzwyczaiłem się już do tego miejsca. Sławy to ono nie ma najlepszej. To znaczy: nie mialoby, gdyby nie pozostawało w ścisłej tajemnicy. A nawet jeszcze inaczej: gdyby w ścislej tajemnicy nie pozostawało co naprawdę się tu dzieje.
W szerokim leju poniżej znajdują się bardzo nieciekawe sprawy. Czy akurat one zmienią bieg historii to nie wiem, nie mnie o tym wyrokować a i w przepowiadaniu się nie najlepiej czuję. Na pewno te parę lat temu nikomu by nie śniło się to, przy czym ja teraz jem kanapki z kolegami w podobnych szarych kitlach. Obojętniejemy tak jak wszyscy, wszystkie zawody, które muszą babrać się w czymś mało zabawowym. To jak lekarze na OIOM-ie, którzy piją kawę rozmawiając o wyjeździe na ryby. Nie picie kawy i nie rozmawianie o rybach niczyjego samopoczucia nie poprawi. Kiedy już sobie tą myśl uświadomić - pokonuje się pewien próg i dalej można nawet pizzę zamówić gdy obok "przesłuchuje się" szpiega niezaprzyjaźnionego kraju. Na przykład.
Nieszczególnie mi z tym miejscem, ale z drugiej strony calkiem tu przytulnie. W znaczeniu: nikt nie patrzy mi na ręce, nie bardzo ktoś chce się spotykać osobiście na podobnej zasadzie jak osoby odwiedzające reaktor na żywo nie są mile widziane przez osoby zarządzające elektrownią. Może towarzystwo współpracujące nie jest zbyt radosne czy rozmowne ale to tez jakiś atut. Jest cicho i bardzo spokojnie. A rozmów i jakichś objawów szczęścia nie ma, bo trzecia strefa, czyli krąg wewnetrzny to miejsce, które przygnębia. I chociaż na sam dół leja, gdzie stoją klatki, schodzi się rzadko i zwykle nie przebywa bezpośrednio w towarzystwie obiektów badań - to i tak ludzie tu głównie milczą, spuszczają głowy zaraz potem jak się na siebie popatrzą. A szkoda, bo czasem przydałoby się jakieś odprężenie, zwykła rozmowa o czymś codziennym, byle czym - byleby tylko to nie było coś związanego z tym miejscem. Przygnębienie potęgują też ludzie z bronią, których wszedzie pełno. I to nie jacyś ochroniarze a krwiści i tędzy wojskowi z bronią długą. U nich to już naprawdę ciężko szukać okazji do konwersacji, ale nawet po nich widać syndrom przygnębienia i zmęczenia miejscem. Pewnie dlatego zmiany odbywają się tak często.
No, dość ślęczenia na poręczy z zamyślonym wyrazem twarzy bo jeszcze ktoś (lub jakaś szczwana kamera) zarejestruję, ze sie zastanawiam. A tu, jak w każdej niemal instytucji naukowej pod wojskowym patronatem, nikt nie kocha ludzi, którzy się zastanawiają. Ci, którzy mają wątpliwości są wręcz grzecznie odsuwani, natomiast tacy, których stać na luksus sumienia traktowani są z wrogością i w pierwszej kolejności usuwani.
Przeszedłem się do dyżurki, wziąłem klucz, odcisnąłem kciuk i po chwili spora sala z imponującymi monitorami stała przede mną otworem. Wystarczyło odsunąć arkusze danych żeby odnaleźć kubek z imieniem i już można bylo sie rozkoszować zawartościa ekspresu. Dużo slyszałem o tutejszej kawie i powiem, że nawet, nawet...
Parę kroków dalej za zaimprowizowanym przepierzeniem, w plątaninie kabli i wiecznie mającymi coś do zaskrzeczenia faksami, stał ekran główny. Robił zdecydowanie największe wrażenie. Nie miałem pojęci akim są krzątający sie tu ludzie, ale po pierwsze: nie ma co się przywiązywać do twarzy, bo zmieniają się tu częściej niż odczyty z monitorów, a po drugie: każdy zdawał się mieć jakieś zajęcie co dawało poczucie, że wszystko jest w miarę na swoim miejscu.
Ekran główny robił wrażenie nie tylko rozmiarami ale tym co pokazywał. Zdarzały się momenty, że obraz migał, śnieżył i na dluższe lub krótsze chwile znikał, ale to chyba jeszcze wrażenie potęgowało. Przepięcia i przerwy w dostarczaniu sygnału powodowały same klatki zalane betonem dookoła i wykończone w kilku miejscach materiałem ekranującym, który miał za zadanie odprowadzać również energię, która czasem kumulowała się na podwieszonych na wysięgnikach tarczach.
Nikt nie patrzył na obraz zbyt długo, każdy po chwili znajdował sobie jakies zajęcie, choćby segregowanie papierów czy dostrajanie jakiegoś urządzenia z ekspresem włącznie. Tak zdaje się, ludzka psychika broni się przed przyjmowaniem do wiadomości czegoś co mogłoby spowodować jej wahnięcia, w razie przyglądania się temu zbyt długo. Aha i czasem też gasło światło, co w połączeniu z grobową ciszą, która wtedy zapadała, dawało naprawdę niesamowity efekt. Może to właśnie było przyczyną częstej rotacji naukowców niższego szczebla - dosyć... stresująca atmosfera w zespole, jak można by określić to co się tu działo niemal całą dobę. Ale byli i tacy, którzy siedzieli ze słuchawkami na uszach, oczami wlepionymi w monitor i bagietką w ręku. Tacy nie zwracali jakiejś specjalnej uwagi na gasnące światło i wyczuwalne drżenie podłoża. Ot popatrzyli na rozchodzące się kręgi w kubku z kawą i wracali oczyma do szeregów cyfr.
Zrozumiałem, że wyglądam nieco dziwnie stojąc tak w wejściu z rękami w kieszeniach, więc wpisałem się w grafik, przesunąłem kartę przez czytnik przy drzwiach i popatrzyłem na plan. O! Jestem dziś w ekipie odbierającej odczyt. No, naprawdę nieźle. Zatarłem ręce. Strasznie, ale to strasznie się cieszę. Czteroosobowa ekipa zjeżdżała raz na tydzień do poziomu klatek i odbierała dane z odizolowanych urządzeń, które, choćby chciały - nie mogły przesłać niczego do nas na górę, bo były ekranowane również od połączeń kablowych, nie mówiąc o tym, ze wszelka komunikacja radiowa przy takich energiach nie była w ogóle możliwa. Uśmiechnąłem się do siebie i zacząłęm szybko przygotowywać do zjazdu w dół.
Ah, zapomniałem wspomnieć - tak, trzymamy tu demony. Realne i prawdziwe bóstwa sumeryjskie.

Zjazd trwał długo ze względu na procedury głównie. Kolejne patrole weryfikowały bardzo dokładnie tożsamości zjeżdżających, niezbędne pozwolenia oraz wszystkie przedmioty, a każdy musiał być opisany i skatalogowany na kazdym posterunku. Żadne rozmowy się tu nie toczyły a tylko krótkie pytanie-odpowiedź. Wreszcie ja i trzech innych z działu analiz zostaliśmy przejęci przez eskortę wewnętrznego kręgu - wojskowych, którzy nie zawahaliby sie przed oddaniem strzału w skroń gdyby któryś z nas tylko krok postawił nieregulaminowo. Dlatego nastroje nie były sielankowe. Ale nie tylko dlatego.
Gdy winda powoli cumowała do platformy w powietrzu dawąło sie czuć niesamowicie duszący i gryząco-mdlący odór siarki, siarkowodoru i cholera wie czego jeszcze. Założyliśmy maski i gdy światło w windzie zmieniło kolor na czerwony, powoli wyszliśmy na podest, przy którym zamontowane były urządzenia pomiarowe. Gdy pierwszy odkręcał pokrywę - drugi podłączał czytnik a trzeci ekranował urządzenie zdalnie. Wymagało to precyzji i zgrania poszczególnych czynności, bo w przypadku błędu cały tygodniowy pomiar szedł na marne a za nim pewnie nieokreślone miliony, które bezpowrotnie pochłaniało utrzymywanie placówki na takiej głębokości.
A dalej, gdzieś w krańcach słabo oświetlonej hali majaczyły zalane przy gruncie betonem, lejowate klatki oddzielone ogromnymi pajęczymi ramionami przęseł, na których żółkła, szarzała i czerniała siarka. Smród, nawet w maskach, był nie do zniesienia i czasem zdarzały się zawroty głowy a nawet wymioty. I tak oto akcja musiała być odwołana gdy trafił się słabszy organizmem kolega.
Stałem nieco z tyłu obserwując parametry, podczas gdy moi dwaj towarzysze pracowali parę kroków dalej.
Para skraplała sie na masce, niewiele widziałem.
Ludzkość posiadła, pojmała demony. Świat sie zmienia, ewidentnie. I to na moich oczach. Nie dawałem temu wiary przez długi, długi czas. Dotąd, aż pan... Zaraz, musze spojrzeć na plakietkę swojego kombinezonu. A tak, pan Jimmy Sakel, zbliżył się do jednej z klatek, zapewne wiedziony ciekawością.
Muszę się do tego przyzwyczaić. Jimmy Sakel, Jimmy Sakel. Poćwiczyć wymowę. Już jakiś tydzień jestem Jimmy Sakel. Nie Adar-malik.
Za tydzień wychodzę na powierzchnię. Urlop - rzecz święta.