Przyjęcie.

Zwykle tego nie robię, w końcu każdy czegoś tam chce, do czegoś dąży i nie mnie oceniać co to takiego jest i czy to ważne, górnolotne a może potrzebne bardziej lub mniej, ale dziś chętnie podzieliłbym ludzi na trzy grupy.
Pierwszą stanowią ci, którzy wchodząc do toalety i widząc zamkniete drzwi grzecznie wychodzą. Drudzy wchodzą, widzą to samo, ale szarpną jeszcze za klamkę, żeby temu co widzą nadać jakąś materialną formę. I wreszcie grupa numer 3: wchodzą, zamknięte drzwi, szarpią za klamkę - nadal zamknięte, zaczynają pukać, szarpać i pytać czy ktoś tam jest, na wypadek, gdyby brak odpowiedzi miał spowodować, że drzwi jednak będą otwarte. Przyjęcie dopiero się właściwie zaczynało a ja już byłem po słowie z kilkoma przedstawicielami grupy numer trzy.
- Co słychać?
- Nic specjalnego.
- Ale wszystko dobrze?
- Nie, nie wszystko.
- Aha.
- ...
- A jak się bawisz?
- Rewelacja.
I tak dalej. To niesamowite, że ludzie, którym daje się wyraźne sygnały, że to nie czas na rozmowy, a już na pewno nie z nimi - nie odpuszczają. Gdy stawia się im przed oczami tablicę z drukowanymi literami 'NIE BĘDĘ Z TOBĄ ROZMAWIAŁ' i jeszcze pomaga się im przeczytać długie wyrazy za pomocą drewnianej strzałki, oni, po chwili zastanowienia, zamieniają się w Matkę Teresę nastrojów na przyjęciu i pytają jak się czujesz, czy chcesz się przejść, a może spróbujesz świetnego ponczu. Nie. Podjeżdża tablica, tym razem litery po kolei się zapalają, a po dokładnym przeczytaniu wyskakuje cukierek - nagroda. Wtedy zazwyczaj odpuszczają. Bo do zrozumienia droga jeszcze daleka.
Na przyjęcie udac się musiałem, wymóg szacownego szefostwa, ale też z drugiej strony nie bardzo miałem co ze sobą zrobić. Pasuję do garniturów, nawet koktajlowych, jak koń do rolek i tak samo nieskrępowanie sobie dziś tu rżę i pojadam obrok. Naprawdę nie mam pojęcia jakim cudem, i jak trzeba być zdesperowanym, zeby mój wzrok odebrać jako zachętę do rozmowy albo do czegoś jeszcze oprócz rozmowy. Ale widać wzrok, który zazwyczaj patrzy na ludzi przez soczewki lunety, dla kogoś może wydawać sie ponętną obietnico-zachętą.
W normalnych, albo nie wiem: innych okolicznościach wyszeptane 'jestem taka wilgotna...' byłoby odebrane z przyjemnym dreszczem, ale tu - z ust zdesperowanych business woman, singielek lub wręcz przeciwnie, brzmi to jak zawołanie godowe rannego borsuka. No nie wytrzymałem i odszepnąłem z kamienną twarzą 'to pewnie klimatyzacja, zalecam lżejszą bieliznę nastepnym razem.' Nie popatrzyłem na jej reakcję gdy odchodziłem, ale humor miałem już nieco lepszy.
Na niedużej polance przed tarasem, w otoczeniu lampionów jakieś grubsze wpływowo osobistości przemawiały do grupki jeszcze trzeźwych mniej wpływowych. Z braku zajęcia i z potrzeby ucieczki od kolejnych "A może chciałbyś się przejść?" (odpowiedziałem "Chętnie" i odszedłem) zatrzymałem się tuz przed zaimprowizowanym podestem i odebrałem kolejny kieliszek od kelnera.
Nawet ciekawie opowiadał grubszy, łysawo-rudawy jegomość we fraku przypominającym stare filmy z Louisem de Funesem, co jakiś czas pojawialy się tu i ówdzie brawa. Z jednej strony można było pomyśleć, że zebrało się tu kilka osób, które naprawdę coś mogą zmienić, polepszyć czyjś los, wpłynąć na los tych, którzy polepszać nie chcą. Z drugiej jednak sa tu osoby, które nie zawahają się wpłynąć na czyjś los w sposób terminalny. I ci pierwsi w dużej mierze zawdzięczają swoją możliwość wpływania tym drugim. A ja dla tych drugich pracuję.
Dopiłem wino i zgłodniałem.
Gdzieś między kwadratowymi talerzami z shake a krewetkami w tempurze, których świeżość została przeze mnie poddana w wątpliwość, zaobserwowałem interesującą scenę. Mężczyzna, na oko 35, po kilku ponczach, może winach, schodzi z otoczonych balustradą schodów wlokąc za sobą dziewczę sporo od siebie młodsze. Mężczyzna zadbany, świeżo po kosmetycznych zabiegach, krok niezbyt sprężysty, raczej sztywny. Prawdopodobnie świeżo upieczony menadżer wyższego szczebla. Dziewczę ubrane nienagannie, biżuteria dobrana bardzo dobrze, jednak z gestykulacji, spojrzenia - cielątko, prawdopodobnie cielątkiem aż do śmierci pozostanie. Komora mózgowa do wszelakich laboratoryjnych testów próżniowych jak znalazł. Na spotkanie tejże dwójki, wzrokowe, wyszła kobieta, której wcześniej nie dostrzegłem, a wręcz w opisie zawodowego stanowiska mam fotograficzne zapamietywanie twarzy na danym obszarze. Wizyta jej niespodziewana, a raczej jej powód był oczywisty od momentu dostrzeżenia linii spojrzeń. Dobitnie to owa pani podkreśliła wrzucając dopiero co ściągnięty z palca pierścionek wprost do ponczu. Mimo, że dzieliła mnie od niej odleglość 3/4 dużej bankietowej sali pełnej gości, a od waćpana z krówką cała sala, widziałem tylko tą trójkę.
Panicz zdenerwowania nie krył, cielątko odstawił po półsłowie na ucho szepniętym, i ruszył dziarsko do tej, której naobiecywał. Jako, że zorientowałem się co do paniczowego temperamentu, który zapewne właśnie podpowiadał mu jak się prawdziwy mężczyzna powinien zachować, oraz z racji dwóch ochroniarzy do bezzaproszeniowej niewiasty się wybierających, w podróż przez 3/4 sali udałem się i ja. Nie wiem dlaczego. Właściwie to zachciałem z nią porozmawiać. Na pewno bardziej porozmawiać z nią niż zrobić to co zrobiłem w chwilę później.
Dzieliło mnie kilka kroków gdy dostrzegłem panicza trzymającego za uniesiony wysoko łokieć swoją byłą już właściwie narzeczoną. Trzymał mocno, był nabuzowany a jego mózg odnalazł taką oto reakcję na ratowanie sytuacji i oznaczanie terenu. Kiedy podszedłem trzymał ją drugą dłonią za ramię, mocno, pękały naczynia, pojawiło się zaczerwienienie. Nacisk musiał być spory. Ująłem go prawą ręką pod ramię z tyłu, a lewą tuż za nadgarstkiem, odgiąłem spokojnie, zwiększając siłę nacisku dotąd aż młody menadżer powolutku ułożył twarz w świezutkim, dymiącym jeszcze talerzu świetnie pachnącego risotto. Musiało go parzyć, a mnie niezbyt się spieszyło - ochrona była o kilka dopiero kroków stąd. Kiedy stawy pana kolegi panicza były napięte do nieprzyjemnego zgrzytu, pochyliłem się i wyszeptałem kilka słów. Uchwyt zwolniłem dopiero gdy dwaj smutni panowie z ochrony dotarli na miejsce.
Kolega mimo oparzeń bladł z chwili na chwilę gdy odprowadzano go do wyjścia, ja myłem dłonie w pojemniku z szampanem, kobieta kręciła glową ale z uśmiechem, cielątko płakało.
Przyjrzała mi się lekko oblizując wargi, co było wynikiem opuszczającego umysł zdenerwowania.
- Co mu Pan powiedział?
- W jakiej jednostce pracuję.
Wieczór właśnie przestał być tym straconym.