Poranek 2.

Patrzyłam na niego od dłuższej chwili. Starałam się ukradkiem ale nie mogłam przestać więc moja ukradkowość nie miała już znaczenia. Patrzyłam z fascynacją, patrzyłam tak jakbym chciała dostrzec coś niezwykłego, coś odróżniającego, albo jakby ten właśnie mężczyzna miał zrobić coś ważnego, czego pod żadnym pozorem nie mogłam przegapić.
- Wciąż pada a mimo to jest tak ciepło – Powiedział beznamiętnym, trochę chrypliwym tonem.
- Tak, jest ciepło – Odpowiedziałam, żeby tylko uniknąć milczenia. Żeby nie pokazać słabości. – Bardzo ładny dzień.
Ludzie w parku spacerowali, niektórzy z parasolami. Śnieg właściwie nie sypał a układał płatki na ziemi, na pomnikach i na drzewach. Siedzieliśmy na jednej z ławek, tych nowych, które zamontowali tu niedawno, tuż przed zimą właściwie. W końcu ławki, na które ten park zasługuje: wyprofilowane, porządne, z mosiężnymi poręczami.
Nie bałam się tu przyjść, właściwie jakiekolwiek obawy przemknęły mi przez myśl dopiero teraz, jak chwilę na niego popatrzyłąm i gdy się odezwał. Nie wiem kogo się spodziewałam zobaczyć, ale chyba... Tak, chyba kogoś o jednolitym profilu. Nie wiem jak to nazwać. Chodzi o kogoś, na kogo się patrzy, obserwuje chwilę i można o nim pomyśleć: To policjant. Albo: profesor. Ubiera się tak i tak, ruchy ma płynne, opanowane, dystyngowane. Ubiór dobrany, stonowany, twarz świeżo i dokładnie ogolona, włosy przystrzyżone, zadbane ale bez fantazji. Spodziewałam się któregoś z szablonów mężczyzn i gdy mimowolnie go sobie jeszcze dziś rano wyobrażałam ukształtował sie w moich myślach i taki tam został. Pewnie dlatego tak badawczo pochłaniałam wzrokiem tego, który przyszedł. Był zupełnie inny.
- Mogę zapalić? – Zapytał, a ja ni to kiwnęłam głową, ni potwierdziłam.
Znów złapałam się na tym, że się go.. Nie, nie jego. Obawiam się okazać mu słabość. Więc nie powiem: nie znoszę papierosów, krztuszę się jak tylko poczuję dym. Właściwie do niego papierosy pasowały. Z jakiegoś nieokreślonego powodu.
Wyjął wymiętoszoną, miękką paczkę Lucky Strike’ów, wyjął jednego ustami , sięgnął ręką do kieszeni krótkiego płaszcza z postawionym kołnierzem i przelotnie zerknął na mnie – pierwszy raz odkąd usiedliśmy. Zapalił.
Mimowolnie skrzywiłam usta patrząc na jego poparzone ręce. To chyba odmrożenia, blizny czerwone i niemal białe. Miał jakieś drobne do czterdziestki, choć może i więcej. Na pewno się nie oszczędzał. Twarz miał... Nijaką. Raczej toporną, kwadratową, głeboko osadzone, szare oczy. Zmarszczki. Dwudniowy zarost na twardej, zniszczonej skórze. Ogorzałej. Większość krótko przystrzyżonych włosów miał siwych lub siwiejących.
Pomyślałam sobie, ze takich ludzi można w autobusach, sklepach, w drodze do pracy, w kościele – można ich widywać dziesiątki nie zwracając na nich uwagi i nie notując w pamięci ich twarzy. Ani w ogóle, ze tam są. I zrobiło mi sie zimno, zadrżałam.
Wychwycił to nie patrząc bo palił wydmuchując dym w drugą stronę.
- Może sie przejdziemy? – Zaproponował.
- Nie, tak jest dobrze. – Skłamałam. – Nie mam ochoty na spacer.
Kiwnął głową i zgasił papierosa o poręcz.
Był spokojny albo bardzo opanowany. Albo skrywał emocje. Marzyłam o takiej umiejętności. Odkąd tu przyszłam, przeszłam przez ciekawość, niepokój, trudną do powstrzymania fascynację a teraz strach przed ruszeniem się z miejsca. Natomiast on po prostu siedział, palił i patrzył. Nawet złapałąm sie na nasłuchiwaniu jego oddechu czy nie ma tam jakiejś zmiany, przyspieszenie, fałszu, sama nie wiem – czegokolwiek. Nie.
Usta mi wyschły.
- Czy pan... – Urwałam. Bo o co można zapytać? Czy mu wygodnie? Zachowuję się jak idiotka. To już się stało, on tu jest a ja bawię się w jakieś omijanie tematu, uprzejmości i Bóg jeden wie w co jeszcze.
Włożył ręce w kieszenie płaszcza i popatrzył na mnie. Ja chyba chciałam w jego oczach zobaczyć spokój, jakieś zapewnienie, jakiś grunt chyba. A on oczy miał puste. Spokojne – to fakt – ale beznamiętne. Może i była tam jakaś troska. O coś. Nie wiem. Pewnie doszukuję się na siłę. On nie należy do tych, którzy zadbają, wezmą ciężar chwili, spotkania i rozmowy na siebie – dał mi to właśnie do zrozumienia. I całe szczęście, bo przestałam się łudzić i wzięłam w garść.
- Czy były jakieś trudności? – Nie byłam dobra w pytaniach. Wolałam słuchać. Ale czego tu miałam słuchać? Ciszy?
- Żadnych.
Kiwnęłam głową i spuściłam wzrok na buty. Spierzchły mi usta. Znowu o nich pomyślałam.
Poczułam, ze mam dość, że chcę stąd iść i zapomnieć. Nie wiem czego się spodziewałam i właściwie po co tu przyszłam. Ale musiałam, coś mówiło mi, że powinnam, że to jest część... że to jest coś co powinno się zrobić, mieć odwagę.
I wtedy znów mnie to uderzyło. Za całym impetem. Jezu, muszę to odegnać, nie teraz, teraz nie mogę, nie. Kotłowanin amyśli, uderzenie gorąca, wszystkie urywane sceny, dźwięki i zapachy, zdjęcia, ich głosy, Boże nie. Nie teraz, nie tu. W domu, tak, w domu mogę znów leżeć na podłodze i łkać, choćby do rana, ale nie tu, nie wśród ludzi. Nie przy nim.
Moje dzieci... moje, moje kochane...
Wciągnąłam mocno powietrze, ze świstem. Raz, drugi, trzeci. Pomogło. Na szczęście na mnie nie patrzył. Byłam pewna, że wie co sie we mnie dzieje. Byłam mu wdzięczna, że teraz mnie nie obserwował.
Tamta kobieta, dziewczyna właściwie. Ile ona mogła mieć lat? 26? Góra. Nie wiem ile jeszcze dzieci zwabiła tam... Ile niewinnych, kruchych... Boże, ile dzieci tam zgwałcono, ile dzieci krzyczało tam za matką, błagało, prosiło. A ona wszystkie je tam zwabiała. Prowadziła za rączki.
Spojrzałam na niego załzawionymi oczami. Drżałam, łapałam oddech.
- Jak... jak pan ją znalazł? Przecież policja... nic... – Patrzyłam mu prosto w szare oczy.
Milczał.
- Czy... Czy ona...?
- Nie. Strzał w serce. Ułamki sekund.
Czułam się fatalnie, byłam zła na jego krótkie, urywkowe odpowiedzi. Byłam zła, ze dostrzegałam w nim troskę i oparcie. Nie wiem, przecież zła byłam na tyle kobiet, które wpatrywały się w beznamiętnych, niczym nie wyróżniajacych się mężczyzn. A teraz sama patrzę na kogoś takiego i dostrzegam w nim więcej niż bym tylko chciała. Byłam wściekła, że go odnalazłam, że... Niech oceniają mnie inni, niech oceniają jak tylko chcą i wedle jakichkolwiek reguł. Ja poczułam ulgę. I jestem mu wdzięczna.
- A tamci? Wiadomo coś? – Wydukałam przez łzy.
- Szukam.
Pokiwałam głową i złapałam głębszy oddech. Może i mnie piekło pochłonie. Może i ludzie się odsuną, nawet najbliżsi. Ale to były moje dzieci. Moje.
Odszedł. Odprowadzałam go wzrokiem zanim podniosłam sie z ławki i powlokłam w stronę postoju taksówek. Czułam ulgę. Nareszcie.