Poranek.

Śnieg jeszcze padał.
Miękko i wolno, tu w lesie od świtu było bezwietrznie. Świerki gięły się od śniegowych czap co jakiś czas zrzucając nadmiar na ziemię. Cisza wśród ostrych i nieprzyjaznych jeszcze kilka dni temu pagórków. Cisza wśród zmarzniętych trzcin.
Atmosfera polowania, gdy już ją się poczuło, stawała się czymś więcej niż celebracją. A gdy w nią się weszło, nią się stało, gdy pozwoliło się jej sobą zawładnąć – otumaniała, uwodziła i upajała wyostrzając zmysły. Krystalizowała drogę do celu. Wszystko inne, przeszłe, przyszłe zdarzenia były rozmazanym tłem i nie miały miejsca wśród obecnych, wyraźnych myśli. Wciągnąłem powietrze. Powoli smakując je, przyzwyczajając się do niego: do temperatury, do wilgotności i do delikatnie kwaśnej nuty igieł, szyszek, gałęzi – wszystko to okraszone gdzieniegdzie nakłądającą się żywiczną nutą. Śnieg zatrzeszczał gdy uklęknąłem. Przyłożyłem dłoń do kory, przez rękawiczkę czując jej fakturę – grube zmarszczki, masywne, długie wzory porośnięte mchem. Co za zapach. Krew tłukła się w żyłach, skronie huczały. Wzrok wyostrzał się, oczy przestały łzawić od ostrego światła odbijającego się od śniegu. Po dłuższej chwili oddech się unormował, serce biło odpowiednim, wyuczonym rytmem. Obejrzałem każdy fragment terenu na wprost: zamarznięty staw i łamiące się pod ciężarem śniegu sitowie, polanę podzieloną na nierówne części ogromnym konarem, grupę mniejszych drzew spomiędzy których wychdziła ledwie widoczna teraz leśna droga, rzadki, równy i piękny teraz las świerkowy i ulokowany przy nim stary, prawosławny cmentarz z poprzekrzywianymi tablicami i krzyżami. Przykucnąłem.
Polowanie nie jest walką. Nie ma też nic wspólnego z demonstracją sił. Polowanie, którego rausz wypełnia moje żyły i sprawia, że słuch ostrzega przed każdą strząsającą śnieg gałęzią, jest rosnącą, wypełniającą przestrzeń ideą. Tworzy się, okrąża, rośnie, wypełnia. I doprowadza do celu. Pochłania każdą myśl, zmysł, reakcję i wymusza natychmiastowe łączenie zdarzeń. Dlatego tak ważne jest by jak najwięcej zaplanować, by wykorzystać ideę jeszcze zanim rozpocznie się sam akt. A wtedy, czasem w trakcie ułamków sekund można, w zależności od kolejnych wydarzeń, przeskakiwać od jednego przewidzianego już obrotu zdarzeń do drugiego. Wycofywać się i wracać, zmylić, oddać pozycję by osiągnąć inną – wygodniejszą, bezpieczniejszą lub bardziej zaskakującą. Uświadamiając sobie jak największą liczbę zwrotów w wydarzeniach i dzieląc ją przez średnie, powtarzalne zachowania zwierzyny, zakłada się na miejsce takie jak to pewną siatkę. Jest niemal widoczna dla świadomego myśliwego. Dla łowcy. Od punktu do punktu, od możliwych miejsc ukrycia, przez miejsca niewygodnie widoczne po te, w których ofiara mogłaby ugrzęznąć odpowiednio i wręcz kierunkowo spłoszona.
Polowanie to nie walka również ze względu na broń. Błędem jest stwierdzenie, iż najlepszą bronią jest ta, której w ogóle nie trzeba użyć. Najlepsza broń to taka, której wystarczy użyć raz. Łowca doprowadza polowanie do celu. Nie przeciąga go, nie triumfuje częściowo i przede wszystkim: nie napawa się częściowym sukcesem. Dlatego broń zostaje użyta w jednym momencie, dogodnym, w jednym z wielu punktów nałożonej siatki. Do punktów dociera nie od razu, nie na skróty. Dopasowuje je i drogę do tego, w którym używa broni, do rozwoju wydarzeń.
Z jednej strony wyostrzyć zmysły niczym kryztałki lodu odbijające najlżejszy promień światła, z drugiej: wyciszyć, oszukać inne. Nie czarny strój, który mimo kojarzenia się z ukryciem zwykle wzrok przyciąga. Czerń nie jest naturalna. Natomiast ciemna, głeboka zieleń, zgniła, nijaka – pośród grubych, mięsistych świerkowych igieł, nisko rosnących gałęzi – jest widoczna, owszem, przecież na świeżym śniegu odznacza się wyraźną linią, ale jest naturalna. Jest do przyjęcia. W badających teren zmysłach ofiary jest niczym szczególnym. Niczym alarmującym. Czerń zwykle przykuwa wzrok, umysł, niezależnie od tego czego puszukuje – czy ocenia teren, czy też pobieżnie go przyswaja – zbada punkt czerni, przyjrzy się mu. Natomiast wszystko inne, o znanych, akceptowanych odcieniach, nigdy nie kojarzonych z zagrożeniem, będzie tylko tłem, któremu zmysły ofiary nie poświęcą zbyt wiele uwagi. Wezmą pod uwagę rozległość, kontury terenu, ewentualne drogi pod kątem stopnia trudności. To wszystko.
Nie spoglądam na to co za mną, choć przeszło mi przez myśl by obejrzeć ślady i w jakim stopniu śnieg już je zakrył. Czas na obserwację tamtej części lasu był wcześniej. Nie mogę nie zaufać sobie i pozowlić na dopuszczenie świadomości, że popełniłem błąd. Że zwierzyna wyczuła, zwietrzyła, zorientowała się. Nawet jeśli tak jest – stało się. Jakiekolwiek działania w kierunku sprawdzania ewentualnego błędu mogłyby realny błąd spowodować lub nawet zniweczenie całego zamysłu. Byłoby nielogiczne. I spowodowane wyłącznie emocjami. Emocje to nurt rządzący ofiarą gdy zorientuje się w jakiej sytuacji się znajduje. Łowca emocje ledwie smakuje, wie o ich istnieniu lecz nie dopuszcza do głosu. W przeciwnym razie polowanie nie zaistniałoby a w jego miejsce losowa, nie zamykająca się w całość, bezcelowa gonitwa.
Wiem jakie mogą pojawić się emocje, przecież to one prowadzą do takich czy innych zachowań, to one determinują do którego punktu trafi zwierzyna, do którego będę musiał...
Jest.
Oddech, ułożenie, wzrok, dystans. Wszystko pod kontrolą jak odpowiednie przyciski i przesuwnice na stacji kolejowej.
Stąpa delikatnie po śniegu, ostrożnie. Smukła. Oddycha małymi kłębkami pary, rozgląda się. Mimo, że wzrokiem prawdopodobnie przeciągnęła po moich sprzymierzeńcach – grubych świerkach, wiem, że widzi plamę głebokiej, zgniłej zieleni czyli dla szacującego teren umysłu – rzecz neutralną.
Pomyślałem przez ułamek sekundy o moim środku transportu, ale nie dałem sie własnym myślom sprowokować. Jest ukryty daleko stąd by nie dało się wyczuć obcego zapachu. Nawet w najdelikatniejszej formie lekko przesiąkniętych ubrań.
Oddech.
Nie istnieje nic poza tym co widzę, poza terenem, który ogarniam i który prze chwilę jeszcze będzie najbezpieczniejszym, najbardziej pewnym i znanym miejscem, o którym wie mój umysł. Przez ten cały czas opierania się o korę i mech, przyzwyczajałem umysł do tego miejsca, oswajałem sie z każdym drzewem, krzewami, pogiętym ogrodzeniem cmentarza po to by mózg mógł skupić się na wąskim odcinku myślowym i wyostrzyć go zmysłami do obrazka wyrytego w skale. Precyzyjnego.
Mrugnąłem raz lub dwa by oczy na narastającym mrozie nie szkliły.

Brnęła w śnieg oglądajac się za siebie, pochylała głowę i przyglądała sie ścieżce. Była nieufna co do nowego terenu, oceniałą każdy napotkany kształt inny i wyróżniający się. Kolejna niewielka chmurka ciepłej pary.
Oddech.
Niemal czułem jej zapach, niemal słyszałem tętniącą w jej żyłach krew, pracę sprężystych ud słyszałem na przemian z wypuszczaną parą.
Oddech.
Ułożyłem wygodniej brodę. Serce.
Spust należy zawsze ścisnąć. Nie pociągnąć i nie nacisnąć. Ścisnąć. Znaleźć i dopasować moment pomiędzy uderzeniami serca, na wydechu.
Serce, słyszę je. Widzę. Odwróciła głowę. Wyprężyła się. Czujnie uniosła wzrok. Śnieg zatrzymał się. Wydech. Uderzenie serca.
Ścisnąć.

***

W Martwej Kruszwicy (Poznań) znaleziono ciało młodej kobiety. Policja stara się ustalić jej tożsamość. Niewykluczone, że kobieta została zamordowana - donosi Radio BLUE FM.

Makabrycznego odkrycia dokonali wczoraj wędkarze w wyrobisku. Po godz. 10 powiadomili policję, że ludzkie zwłoki unoszą się na powierzchni wody. Po kilkudziesięciu minutach na miejscu byli policjanci i strażacy, którzy wyciągnęli ciało na brzeg. Ze wstępnych oględzin wynika, że zwłoki kobiety w wieku ok. 25 lat, ubranej w dżinsowe spodnie z naszytą literą "V" i białą bluzkę. Sprawę wyjaśnia wydział kryminalny komendy wojewódzkiej policji. Na razie policjanci nie wykluczają żadnej z hipotez. Pod uwagę będą musieli wziąć również fakt, że od stawu, w którym znaleziono wczoraj zwłoki, wiedzie prosta droga do parku Talimowskiego, gdzie w grudniu ubiegłego roku znaleziono kobiecy korpus. Sprawców tamtej zbrodni do dziś nie udało się ustalić.