Starówka.

Białe, puste mieszkanie. Stare budownictwo: wysoki sufit, inny, ciekawszy rozkład pokoi, no i podłoga. Ze skrzypiących desek z odstającą białą farbą. Wiem, że mieszkanie jest do remontu i puste, głuche, zimne oczekuje aż ktoś się za nie weźmie ale ja bym sporo zostawił. Wielki pokój, salon z wychodzonymi, szarobiałymi deskami aż się prosił o pozostawienie go takim jakim był od kilkudziesięciu lat. Zamurowany kominek chętnie bym odzyskał, chociaż i jego obramowanie jest nawet nawet akceptowalne w tej wybielonej postaci, przywodzi na myśl modyfikowane sale zamkowe. Warto postawić tu wysłużony, wysoki regał z książkami z antykwariatu, ławę, fotele i nic więcej. Upajałbym się jego pustką i odpoczywał.
Ocknąłem się z zamyślenia kiedy weszła wycierajac ręcznikiem głowę i zerkając na mnie z uśmiechem. Zmokliśmy porządnie wracając z kawiarnianej knajpki i nadal lało niemiłosiernie. Ale tu, w ciszy pustego mieszkania z wysokimi oknami, deszcz był naprawdę wymarzonym tłem. Jeszcze dało się słychać burzę, jak drugie skrzypce albo wokal wspierający. Pasował i do mieszkania, i do ciszy, i do mojego nastroju. Jak ulał. Przynajmnej dzisiaj niech się wypada, niech się wyleje do końca dając jakaś dźwiękową i wizualną barierę od świata za oknem. Od tego co robię na codzień. Odwzajemniłem uśmiech, zmęczony ale naturalny. Przez chwilę nie bardzo wiedziałem co ze sobą zrobić ale od popadnięcia w minutę niezręczności wyratowała mnie proponując herbatę a ja przytaknąłem i zająłem się przebieraniem w nierozpakowanym jeszcze pudle z płytami. Mało z tego co znalazłem było mi w jakikolwiek sposób znajome, ale chciałem czegoś koniecznie posłuchać na zestawie Technicsa z adapterem i oryginalnymi głośnikami. Teraz, w erze kin domowych jakości i maści wszelakiej, gubią się prawdziwe, nieco trzeszczące dźwięki, przyjemnie nie krystaliczne, nie idealne. Słychać w nich czas. To jakby wziąć do ręki książkę o nieco pożółkłych, zagiętych kartkach. Czuć jej wagę, jej treści, zapach i cały mętlik chwil, którym towarzyszyła. Tak samo z muzyką, która żyje i przyjemnie chrzęści jak żarna, albo buty na zamarzniętym śniegu. Jest prawdziwa. Dużo bliższa niż wysterylizowane komputerowe piszczenie albo e-booki.
W końcu, na dnie, doszukałem się płyty, na której zatrzymałem wzrok. Charakterystyczne dwie, zwrócona naprzeciw siebie, rzeźbione twarze. Nigdy nie byłem fanem, niezbyt też kojarzyłem poszczególne piosenki. Rozejrzałem się po pokoju jeszcze raz, posłuchałem deszczu. Tak. Ułożyłem płytę i delikatnie położyłem igłę adaptera. Pink Floyd, The Division Bell.
Nawet nie wiedziałem kiedy zaknąłem oczy, musiałem być naprawdę zmęczony. Oparłem się o ścianę i słuchałem. Nie pamiętam poszczególnych utworów, nie wiem nawet czy płyta kręciła się od początku, wiedziałem tylko, że w tym mieszkaniu pozbawionym innych dźwięków, z deszczem w akompaniamencie ta muzyka brzmiała i działała świetnie. Uspokajała i upajała swoimi, dorzucanymi co rusz, przyjemnymi dla ucha trzaskami i szumem. Chciałem odwiedzić to miasto albo bardziej chciałem coś zrobić ze sobą, odzyskać równowagę, wrócić do miejsc, które tak dobrze pamiętam. Odświeżyć. Nawet nie wiem kiedy znalazłem się w pociągu z podręczną torbą, świezym numerem NG Travelera i, wstyd przyznać, paczką suszonej wołowiny na cały dzień. Przystosowane do pustyń pomarańczowożółte, wysokie wojskowe buty naprawdę źle zniosły deszcz a włóczenie się uliczkami powoli zamieniało się w kompletny bezsens kiedy ją spotkałem. Właściwie to na nią wpadłem próbując przypomnieć sobie drogę do dworca. Po paru słowach poszliśmy na kawę a po paru godzinach, gdy zorientowałem się, że podróż powrotna możliwa będzie dopiero rano, zaproponowała mi, że zatrzymam się w jej mieszkaniu, do którego ma zamiar się przeprowadzić. Miała wrócić do siebie i zostawić mi klucze, ale...
Nawet nie usłyszałem jak postawiła tacę z herbatą na podłodze. Ocknąłem się przy pierwszych dźwiękach Coming back to life, spoglądała na mnie trochę zmartwionym a trochę niecierpliwym wzrokiem. Bardziej kazała niż poprosiła o zdjęcie wciąż mokrego swetra a ja poczułem się jak zagubiony, nieodpowiedzialny chłopiec. Zauważyła zakłopotanie i roześmiała się. Z braku odpowiednich przyrządów, takich jak meble, rozłożyła sweter na podłodze, przy grzejniku, których było cztery ale i tak zbyt mało, żeby ogrzać tak duże mieszkanie. Usiadłem pod ścianą, przysunąłem tacę, podałem jej herbatę, kiedy przycupnęła na wprost, drugą wziąłem w obie ręce i upiłem łyk. Ładnie ułożyły jej się włosy kiedy się pochyliła nad kubkiem. Irish dream – jak dawno jej nie piłem.
Pink Floydzi właśnie zaczęli High hopes.

Odwiedzałem miejsca, o których chciałoby się zapomnieć, mniejsze lub większe ludzkie piekiełka. W różnych zakątkach ledwo wiążących granice krajów. A chwilę spokoju, z całkiem akceptowalnymi myślami znalazłem dopiero tu, pod ścianą przeznaczonego do remontu mieszkania, siedząc na podłodze pod czujnym, z nutą troski, spojrzeniem drobnej kobiety o bardzo foremnej, intrygującej i niezwykle kobiecej twarzy podkreślonej, zarysowanej właściwie, drobnymi ustami. To one właśnie układały sie od czasu do czasu w wydatny grymas współgrając z przenikliwym, nieco zamyślonym spojrzeniem. I dłonie, dłonie, które wiecznie były w podróży, w poszukiwaniu, zakradały się do krawędzi kubka, były ciekawe jego ciepła, dawały się przez chwilę przyjemnie poparzyć do momentu gdy opuszki zasygnalizowały ból, jeszcze, jeszcze chwilkę i uciekały na skraj lub na dno, gdzie kubek był mniej gorący. Zawsze je zauważałem, nie tylko u niej. Dłonie, które potrzebują dotyku, poręczy przy schodzeniu ze schodów, długopisu, kluczy, paska od plecaka. Musiały czuć. Uczyły sie przeróżnych powierzchni, przez cały czas. Tak zachowywali się ludzie, których świadomość potrzebowała wciąż przeróżnych bodźców, nieustannie. Ciekawość dźwięków, zapachów, obrazów i dotyku. Czuła, ze się jej przyglądam, wiedziałą, ze robię to pewnie, spokojnie, również świadomie. Nie nachalnie. To przyglądanie się opiekuna, kogoś kto wie, rozumie, zauważa, wyciąga wnioski, wiele, i rozumie je, przyjmuje ale nie rozważa i ocenia, nie szereguje. Więc była spokojna w swoim przycupnięciu. Ciekawość rozchyliła kąciki jej ust.
Tak dawno jej nie widziałem.
Pocałowała mnie delikatnie, choć nie na tyle, żebym o pocałunku szybko przestał myśleć. Pochyliła głowę, a ja czułem jej włosy, czułem ich zapach, miękkość, na policzkach, nosie i ustach. Wiexdziałą, ze muszę się z nim oswoić, przypomnieć sobie. Dopiero po chwili usiadła obok i wpatrywaliśmy się w kominek, którego nie było.
Tak jak kilka lat temu, również teraz, skupiła wzrok na mojej szyi i przygryzła wargę. Gdy poniosła oczy, troska ustąpiła pola narastającej żądzy w świetnym drinku z niewstrząśniętą ciekawością i nutą irytacji na brzegach.
Świadoma, pewna swego źródła kobiecość syciła swoim nienasyceniem wszystkie, nieubłaganie pragnące doświadczać samych siebie zmysły. A przecież siedzieliśmy na podłodze pijąc herbatę.