Na jednej stronie - drzwi

Kupiłem dom, w którym są drzwi do piekła.
Drzwi do piekła mieszczą się we wnęce, są niskie z grubego, ciemnego drewna z poprzecznymi, żelaznymi klamrami w połowie opasane grubą sztabą i zamknięte na kłódę z motywem kwiatowym. Wszystko jest pociągnięte smoliście czarną farbomazią.
Brzmi to jak kiepskie przywidzenie zaraz po wypaleniu marnej jakości jointa i ja sobie w pełni zdaję z tego sprawę. Ale co dokładnie ma powiedzieć ktoś, w czyim domu znajdują się drzwi do piekła? Może na przykład „Otóż, słuchajcie, mam dość niecodzienną piwnicę”, albo „Sąsiedzi z dołu, wybaczycie państwo, to nikt z kim chciałoby się wejść w bliższe relacje”. Jestem człowiekiem, który nazywa rzeczy po imieniu bez wyjątków, dzięki czemu żyje się spokojniej a i z żoną mamy zdrowsze relacje.

Ale od początku. Dostałem lepszą ofertę pracy w większym mieście i oboje z żoną postanowiliśmy sprzedać mieszkanie, i przeprowadzić się, tym bardziej, że mój nowy pracodawca zapewniał pokrycie kosztów przeprowadzki. Jako, że żona była w piątym miesiącu ciąży planowaliśmy kupno czegoś większego – już wcześniej – a teraz po prostu skorzystaliśmy z okazji. Znajomy znajomego wyjeżdżał zagranicę na stałe a swoje mieszkanie zostawiał teściom, i właśnie od tych teściów kupiliśmy dom. Nieduży, parterowy ze strychem na graciarnię. Wybudowany zaraz po wojnie, odremontowany i urządzony trochę staromodnie jak to domy starszych ludzi bywają, spodobał nam sie od razu takze dlatego, ze mieścił sie na odległym od centrum przedmieściu, które kiedyś było wioską wchłoniętą później przez miasto. Starsza pani Aldona, z którą załatwialiśmy większość formalności (jej męża widzieliśmy przez moment) to przesympatyczna, ciepła kobieta, której późna siedemdziesiątka w ogóle nie przeszkadzała cieszyć się życiem a wręcz odwrotnie: pełna wigoru w dwa wieczory opowiedziała nam tyle historii o sobie, sąsiadach i rodzinie, ze tylko pozazdrościć świeżego umysłu. Przy okazji ciasto, konfitury i tak dalej, i tak dalej.
Tak się złożyło, że przyjechaliśmy na miejsce kilka dni wcześniej niż nasze meble (część starych i nowe – zamówione) ale zdecydowaliśmy się spędzić je w domu, z obecnym umeblowaniem i wszelkie prace przeprowadzkowo-urządzeniowe zostawić na później. Z resztą pani Aldona co rusz przyjeżdżała taksówką, bo a to o czymś zapomniała nam powiedzieć, a to znów zabierała korespondencję z banku i nie chcieliśmy na jej oczach zaczynać usuwania staroci.
Wszystko sie zaczęło trzeciego dnia po przyjeździe – po południu. Żona pojechała w sprawie pracy, była przedszkolanką i tak się złożyło, że osiedlowe przedszkole potrzebowało kogoś na zastępstwo na trzy miesiące więc okazja, żeby trochę domowy budżet podreperować. Pani Aldona akurat wtedy zajrzała, żeby podrzucić namiary na dobrego hydraulika, elektryka, powiedzieć kiedy dokładnie przychodzi ksiądz po kolędzie, przy okazji przywiozła kruche ciastka i wytłumaczyła które kwiatki lubią na słońcu a które nie. Zauważyła, że wysprzątałem szafę i zapytała czy zamierzamy się jej pozbyć. Odpowiedziałem, że najprawdopodobniej tak i wtedy powiedziała, że za szafą są drzwi do piekła i, żeby ich czasem nie przyszło nam do głowy otwierać. Potaknąłem odruchowo, a kiedy żona wróciła opowiedziałem jej o wizycie staruszki i odsunąłem szafę. I były tam – niskie, przysadziste i krzywe. Generalnie brzydkie. Plany domu w ogóle ich nie uwzględniały a z drugiej strony był garaż dawniej kryjący demona szos – Warszawę, a teraz pusty. Rozmawialiśmy wieczorem na temat drzwi i nawet posprzeczaliśmy się, bo uznałem, że można je odmalować tak, żeby pasowały do kominka który zamierzamy wmontować a żona twierdziła, że to idiotyczne, żeby mieć takie drzwi w pokoju bo nie dość, że szpecą to jeszcze psują ogólny odbiór pomieszczenia.
Nazajutrz odwiedził nas proboszcz o wyglądzie pustelnika-zakonnika: długa, siwa broda, „lotnisko” na głowie, sandały i laska, której raczej używał do wymachiwania w trakcie rozmowy i pokazywania na różne rzeczy bardziej niż do podpierania się. Ciekawy człowiek, na pewno bardziej nietuzinkowy niż inni księża których w życiu widziałem, a znałem naprawdę wybitnych. Nieco gadatliwy, ale życzliwy i ujęło nas to (małżonkę bardziej), że usłyszał o naszej przeprowadzce i przyszedł poznać nowych parafian. Przeraziła mnie lista obowiązkowych mszy i podział zajęć, ale wszystko od jakiegoś czasu tak dobrze się układało, że miałem chyba zwiększoną tolerancję na takie rzeczy. Krzątaliśmy się akurat przy nowych meblach, wiec ksiadz nie chciał przeszkadzać i długo nie zabawił, ale zauważyłem, ze co raz rzucał spojrzenie drzwiom tak jakby rzucał wyzwanie. Raz podszedł, wziął solidnął kłódę w rękę i zważył w dłoni. Miałem go zapytać o to, ale przyjechał następny kurier, następne graty do rozpakowania i zapomnaiłem. Na odchodne proboszcz zostawił nam dwa obrazki ze świętymi: żonie świętego Idziego, a mnie Klaudiusza. Sprawdziłem wieczorem w internecie: Św Idzi to patron matek karmiących, pasterzy, macierzyństwa, osób kulawych, rybaków i sprzedawców koni (prezent logiczny - miała zostać mamą, nie była kulawa, nie łowiła ryb i koni także nie sprzedawała – przynajmniej w mojej obecności) ale Klaudiusz – patron kamieniarzy i rzeźbiarzy pasował do mnie jak wół do karety bo odkąd skończyłem studia pracowałem w branży informatycznej. No ale chyba za bardzo chciałem, zeby to miało jakieś znaczenie.
Później też wziałem kłódę do ręki – była ciepła. Nie parząca, nie gorąca a ciepła po prostu.
W nocy żona miała koszmarny sen i obudziła się zlana potem, skarżyła się też na ból brzucha. Rano opowiedziała, że śniło jej się pukanie do tych drzwi ale od wewnątrz. Zaniepokoiłem się dopiero następnej nocy kiedy sytuacja znów miała miejsce a dodatkowo żona wymiotowała. Po tej nocy postanowiłem drzwi zamurować równając do poziomu ściany, a że miałem akurat trochę wolnego to razem ze znajomym drzwi zamurowaliśmy, przykryliśmy tynkiema zanim żona wróciła z pracy na zasychającej zaprawie wyciąłem zaobserwowany w którejś gazecie prosty motyw kwiatowy, który później pomalowany komponował się bardzo dobrze z naszym nowym wystrojem i meblami.
Od tego czasu żadne niepokojące sny nie miały miejsca a staruszek ksiądz i Pani Aldona z mężem byli gośćmi na skromnych chrzcinach.