Na jednej stronie 3

Jest sobota. Prawie północ.
Obudziłem się niecałą godzinę temu w pustym mieszkaniu. Od tej godziny próbuję się ogrzać, uspokoić.
Odgonić sen.
Usiadłem przy drzwiach do balkonu, było świeżo po burzy.Lubię obserwować jak ogień zapałki styka się z tytoniem fajki. On nie dotyka, nie styka się z nim. Ogień, wciągany do wewnątrz, otacza, ogarnia, rozkłada się na całej jego powierzchni. On spływa z góry, rozlewa się, przenika, liże. Przez chwilę jest jak woda i jej przeciwieństwo jednocześnie - jakby ziemia nim przesiąkała, stawała się miękka, żywa i żyzna. Opłucze ją, nawodni i nakarmi, żeby wybrać z niej wszystko co tylko przydatne, a pozostawić popiół. Ale najpierw przez nią przeniknie, nasączy i otuli.
Pierwsze kłęby ciężkiego, słodkiego, ale przyjemnego, choć mocnego słoweńskiego tytoniu i od razu jest spokojniej.
Słodkawy, waniliowo-różany zapach wypełnia od razu cały pokój. Nie jest tak subtelny, o oktawę czystszy jak irlandzkie tytonie, ale jest jedną linią zapachu, wyraźną, grubo zaznaczoną. Pozwala na kilka głębszych oddechów, dzięki czemu myśli się przy nim mniej chaotycznie. Wyostrza ocenę.
Dym, małymi, urywanymi kłębkami uchodzi w stronę balkonu. Poczciwa, stara fajka z gruszy przeszła już niejedno nieumiejętne traktowanie, ale trzyma się dzielnie i służy wyśmienicie. Dostałem ją na urodziny wieki temu.
Lubię ten odpoczynek, tą chwilę, ten kwadrans. Dym rozgrzewa, zapach zagania nieposłuszne, porozbiegane zmysły z powrotem, tam gdzie ich miejsce. Drzwi balkonowe wpuszczają przebrane deszczem powietrze, chłodny, krótki powiew co chwilę. Nocne, spokojne powietrze, które utemperuje te zmysły, co nazbyt się zagalopowały w sen. Te najdziksze, gotowe do powrotu w ten nieprzyjemny, nienaturalny stan lub miejsce.
Przespałem całą sobotę. Nie wiem jak mi się to udało.

Deszcz przestał już padać. Jeszcze kapie z liści, z drzew i jeszcze go słychać. Tak jak powiew wiatru w liściach. Wszystkie te dźwięki i każdy z osobna, przypominają mi, że jestem tam gdzie być powinienem, że wszystko jest dokładnie tak, jak jeszcze rano. To ważne. Czasem to najlepsze co może zdarzyć się po przebudzeniu. Nawet nie krajobraz, czy konkretni ludzie, którzy są gdzieś obok. Po prostu rzeczy na znanych miejscach, świat, który oddycha za oknem, dźwięki, znane, i pomijane na co dzień. Zwykłe, proste składowe rzeczywistości, które w takich momentach nabierają kolorów, znaczenia i funkcji solidnego fundamentu. Jak kroki na ulicy, jak światła skrzyżowania, jak nocne, spokojne niebo i powietrze wilgotne, bo jeszcze przed chwilą kochało się z deszczem. Daje następnych kilka oddechów spokoju.
Wezmę sobie coś do picia, bo dym gryzie już w język.

Może whisky z colą i dwiema kostkami lodu to nie jakiś szczyt marzeń smakowych, ale jest pod ręką, a ja nie mam zamiaru wychodzić teraz z domu w poszukiwaniu czegoś innego. Znów usiadłem przy drzwiach od balkonu.
Przespałem sobotę, a miałem parę pomysłów jak ją spędzić. Jakiś film, pizza. Nie jakiś konkretny ale jakikolwiek, po prostu, żeby nie zmarnować wolnego dnia. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem - o dwunastej? Trzynastej?
I ten cholerny sen...
On trwał. To nie był sen jak zlepek migawek, który tak naprawdę trwa dwie, może trzy sekundy, a cała reszta, fabuła, otoczka, sens - to są interpretacje tworzone przez mózg, który, jak to mózg, musi połączyć, zrozumieć, wyjaśnić i utworzyć w miarę sensowny obraz, opowieść. Ten nie był taki.

On trwał.
Zrobiło się chłodniej na samo wspomnienie. Nieprzyjemnie chłodniej.
Sen trwał i stał w miejscu. To nie było wspomnienie, odzwierciedlenie miejsca, w którym kiedyś byłem, albo skądś pamiętam. Ten sen to było miejsce. Nic więcej. Miejsce, które trwało, było przejmująco realne. Trwało tam. Zagnieżdżone, wryte korzeniami w krajobraz, który zmieniało, kształtowało a on obumarł i zatrzymał sie razem z nim. Ono nie było przeklęte albo zakazane. Ono było opuszczone. Czuję je teraz pod skórą, rozlewa się we mnie jak fala zimna, jak coś nieprzyjemnie usiłującego wryć się swoim chłodem i już pozostać. I trwać.
To był las, rzadki las wysokich drzew gdzieś w górach. Niepokojący las.
Wspomnienie żalu, tęsknoty i dojmującej samotności... było tam żywe. Żywe i konało, marzło, oddawało dech zamieniający się w zimną marznącą parę. Wysokie, smukłe i ciemne drzewa trwały w bezruchu, zdawały sie nie rosnąć prosto, ale na siebie, pod kątami. Spękana, twarda i zimna ziemia nie chrupała, jak zwykle, pod stopami, ale skrzypiała, opierała się. Śnieg nie leżał wszędzie, ale cienkimi płatami trzymał się kęp przewróconych, połamanych i martwych drzew. Nie skrzył się. Powietrze stało w miejscu, choć postrzępione, szare i ciemnoszare chmury powoli płynęły nad lasem, co raz odsłaniając bliższe i dalekie wierzchołki czarnych gór. Żadna z nich nie wyróżniała się, nie panowała nad krajobrazem. Wszystkie, mniej lub bardziej podarte i zniszczone, równymi rzędami przebijały sie między drzewami, jeśli zlewające się rzędami chmury choć na chwilę je odsłoniły.
Nie wiem czy było tam słońce. Był dzień, na pewno to był dzień, ale słońca nigdzie nie było widać. Powietrze, jak szare, rozwodnione mleko, u góry gęste, a bliżej ziemi rozrzedzone, nijakie, było wszędzie takiej samej barwy: niedookreślonej, bez wyrazu i zapachu. Odpocząć na chwilę wzrokiem można było dopiero, gdy gdzieś wśród chmur, gdy z rozdartych strzępów zaczęły gęstnieć, utworzyła się jakaś ciemniejsza, pełniejsza. Wtedy emocje budziły się ze śpiączki i można było odsunąć obłęd choćby na czas gdy chmura rozpłynęła się i znów mleko śniegu zaczęło przypominać śliniąca się mgłę. Mgła. Mgła zsuwała się z drzew i zawisała nad ziemią. Była duszna, zabierająca oddech, tłumiąca i dusząca swoim mroźnym, ciężkim i sunącym, nieuniknionym jestestwem. Mimo chłodu, który nie dotykał skóry a odkładał się wewnątrz, jak płaty tłuszczu, powietrze nie było rześkie. Nie było mroźnie suche, gdy wciągało się je do płuc. Było tłamsząco duszne i sprawiało wrażenie, że z kolejnym oddechem go zabraknie, a jeśli nie to wciągnie się do płuc tą zwisającą jak pęk pajęczyn mglę, która wypełni płuca i krtań, i zalepi je zimną, duszącą mazią. Niczego nie było słychać. Żadnego dźwięku, a przygnębiająca, zmuszająca mimowolnie do pochylenia, mgła sunęła wolno i bezgłośnie obwieszczając nieuchronność. Brudne, rozwlekłe niebo było jedynym tłem dla ogolonych z liści, chudych, wykrzywionych drzew, które stały grupami, jak beznadziejni, niemi świadkowie. Kruche, wątłe gałęzie, z których skapywały strzępy mgły. Wszystko to po pewnym czasie zdawało się tkwić. Tkwić i trwać wryte, wkute w ziemię i w miejsce tak bardzo, ze wytwarzało dźwięk. Odgłos sunący i narastający wibracjami, tak samo duszny i tłumiący myśli jak odcień nieba. Wrzynał się w myśli, które i tak ledwie dyszały umierając jedna po drugiej w tej niemej pustyni emocji. Dźwięk rył i pulsował, ale niewyczuwalnie i na granicy zmysłów. Odległy huk dwóch zderzających się, zmarzniętych pni, wibrował głucho w czaszce pogrążając w pyle mlecznoszarego mułu ostatnią jasną myśl. Obłęd dusznie kładł się w potokach rwanej gałęziami mgły jak bezrozumne ciało idące wolno bez kierunku nie bacząc na odmrożenia.
Trwał.

Musiałem sie teraz upewnić czy nadal słyszę jadące samochody i czuję powietrze schnące od niedawnej burzy. Znów jest mi zimno.

Często śnię o urządzeniu. To czasem fragment, czasem dłużej. To wysoki na kilkanaście metrów, mechaniczny portal. Ma wygląd wydłużonego owalu, który otacza mnóstwo mechanicznych, ostro zakończonych ramion. Dookoła maszynerii umocowanych jest mnóstwo rur, większość otwartych, do innych podłączone są jakieś przewody czy inne rury. To śni mi się od dziecka. Częściej lub rzadziej, nie wiem od czego to zależy. Do portalu prowadzą schody, które są częścią maszyny, do nich też podłączone są rury, od nich też odchodzą wsporniki metalowych ramion-pazurów. Przez schody biegną do środka portalu grube kable i nikną w świetle, które wypełnia całe wnętrze konstrukcji. Ramiona zapewne są ruchome, ale we śnie nawet nie drgną, i jak wszystko inne, prócz światła, wyglądają na wyłączone. Widzę tam siebie, na wielopłaszczyznowych schodach. Siebie przyglądającego się mechanicznemu molochowi. Portal składał się z samych metalowych części, ale nie przypominał niczego, co gdziekolwiek mogłem zobaczyć, nawet w komiksach, czy na filmach. Po swojemu lubiłem ten sen, bo był właśnie mój. Powtarzał się tak często, że gdybym tylko potrafił dobrze rysować, mógłbym bez końca malować każdy jego fragment, każdy szczegół konstrukcji każdy wysięgnik metalowego pazura, każdy staw ruchomego ramienia i rury będące stelażem gigantycznej konstrukcji. Nie lubiłem tylko patrzeć na jego zwieńczenie, które z dołu łudząco przypominało jakiś element szkieletu. Tego sie bałem. Cała budowla otoczona była zupełną ciemnością, a jej najwyższe kondygnacje rozmywały się i majaczyły jak jakieś cienie, jak wiszące, podrygujące na wietrze skórzane szkielety. Tego pewnie nie narysowałbym już jak byłem mały.

Idę na dwór. Nie mogę siedzieć tutaj i przywoływać tych obrazów, bo oszaleję.
Przespaceruję się, przejdę kawałek, łyknę świeżego powietrza, to może po powrocie mimo wszystko obejrzę jakiś film. Przecież od razu spać się nie położę.
Na ulicy nikogusieńko. Lubię miasto o tej porze, wolne od tłumów i pospiechu. Zimno. Dziwne, bo zawsze wolałem niższą temperaturę, a w końcu teraz jest środek lata. A mnie jest zimno. Dobra, nie będę wracał sie do domu po bluzę. Stanąłem gapiąc się na skrzyżowanie i trzeźwiejąc nieco z dusznych, kłębiących się obrazów. Tak, zdecydowanie jest lepiej, przejrzyściej. Zaskakujące, jak czasem ciężko otrząsnąć się ze snu, który wyprodukował własny umysł ze strzępków tego co zapamiętał.
Dobra, czas wracać, może coś zjem i poczuję się trochę lepiej. Od śniadania nie miałem nic w ustach, a zdaje się, ze w lodówce jest pół wczorajszej pizzy i torebka sosu czosnkowego. Ten wieczór wcale nie musi być taki zły. Uśmiechnąłem się do swoich myśli po raz pierwszy dziś.

Ale... dziś ten sen był nieco inny. Dziś wszedłem w portal. No, że dopiero teraz sobie to skojarzyłem. Nigdy wcześniej... a dziś... Nieźle, może z następnym snem dowiem się co jest za portalem. No, no.

Odwróciłem się. Nad moim blokiem, nad oknami, wisiała szaromleczna mgła. Kompletna cisza trwała w powietrzu i zatrzymała drzewa. Drzewa suche, czarne i bez liści. Pulsujący dźwięk, który wwiercał się w umysł przerwało odległe, głuche uderzenie pnia o pień.