Na jednej stronie 2

Aaach... nie znoszę tego uczucia. To jest... szlag.

Żołądek podchodzi pod samo gardło a torsja za torsją wypluwa żółć pod buty. Po prostu tego nienawidzę. Organizm próbuje wydłubać z siebie coś, o czym ja wiem, że tego tam nie ma. Nie może być i nie ma prawa być, bo takie są zasady. Z resztą to by było samobójstwo gdybym coś zjadł.

I tak ląduje człowiek, ledwie powietrza weźmie łyk do ust i już po chwili stoi zgięty wpół rzygając żółcią i śliną. I oczy, ciągle łzawią oczy. No, ale od tego są okulary - nie ma sprawy.

No dobra, zostało czternaście minut mniej więcej. Trzeba uspokoić oddech i wybrać jakąś dobrą pozycję. Ulga po rzyganiu oczyszcza umysł i skupia myśli. To jest akurat w porządku.

Poza tym lubię tą robotę.

Chociaż, jak byłem gówniarzem, inaczej wyobrażałem sobie podróże w czasie.

Robota jest uczciwa a zasady proste. Jeśli spełnia się wymagania i trzyma reguł - wtedy nie ma problemu, i po odwaleniu dniówki można spokojnie żyć swoim życiem nie roztrząsając tego czy tamtego. Ja nie lubię dłubania w trybikach po zegarmistrzowsku, zaglądania, wpychania oka z lupą i zastanawiania się, jak co działa. Co nie znaczy, że jestem tępy albo niemoralny.

Ulokowałem się przy kaloryferze, na wprost prawie wyłamanego okna z brudnymi szybami, na czwartym piętrze przeznaczonej do wyburzenia kamienicy. Podsunąłem sobie jedyny ocalały w kuchni taboret i oparłem na nim lewą nogę, tak, żeby jak najbardziej ulżyć mięśniom obu rąk. Zostało jeszcze trochę czasu, więc oparłem się plecami o ścianę, mimo, że nie wyglądała zbyt stabilnie: odłaził z niej tynk całymi płatami i była zdrowo popękana przy suficie.

To jest może jakaś moja własna moralność, ale zawsze tak miałem. Nie tłumaczyłem sobie, a po prostu tak myślałem. Z resztą to nie jest robota dla każdego, a ktoś widocznie musi to robić i służy to jakiemuś celowi. Poza tym nie wsadzam palca w obrotowe drzwi, a tutaj non stop coś się dzieje, cały czas są zlecenia, ludzie są wysyłani na misje, codziennie jest coś do roboty. Po co wnikać i kombinować? Chodzą ploty o takich, co nie wrócili. A czemu nie wrócił ten czy tamten? Mówi się, że to dlatego, ponieważ próbował coś na własną rękę, wyciekały informacje, czy jakieś szwindle. Ja w to wierzę, bo przecież trudno tu coś spieprzyć. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik, zlecenie rozplanowane co do sekundy i nie ma mowy o pomyłce.

Dlatego ja nie pytam. Owszem - ciekawi mnie to i tamto, ale znam granice. I może dlatego jeszcze pracuję.

Na razie ułożyłem Siga na kolanie, sprawdziłem magazynek, bezpiecznik, celownik i mocowanie tłumika. Co chwilę sprawdzałem oddech - był taki jak trzeba.

Ja też zastanawiam się, po co grzebać w papierach. Kogo i po co do nich ciągnie. Przecież nic tu nie grozi. To jest raz, że etat rządowy jak by nie było, a dwa, że i tak poziom dostępów oficera w ogóle nie daje możliwości weryfikowania zlecenia. No i dla mnie to jest logiczne: do czego mi jakieś szczegóły, informacje, uzasadnienia czy te całe, jak to było, zachodzące na siebie linie możliwych zdarzeń, skoro i tak zakres moich obowiązków zawęża się do przybycia na miejsce starannie zaplanowanej akcji, wykonania zadania i powrotu. Tyle. Nawet nie muszę zdawać relacji, czy pisać raportu, bo nie ma z czego. Od analizowania są sztaby a od szczegółów i linii zdarzeń - komputery. Po coś w końcu muszą być.
Ja nie twierdzę naiwnie, ze nie mogą się pomylić, że rozwiązania są idealne albo, że nie ma innej możliwości. Ale to jest jak chirurgiczny zabieg wykonany z pomocą nowoczesnej technologii, na fragmencie organizmu bezpiecznie oddalonym od istotnych życiowo organów. W dodatku opracowany sporo wcześniej przez zespół doświadczonych lekarzy, którzy mieli mnóstwo czasu na symulację możliwych reakcji organizmu. Właśnie - mieli czas, bo zabieg nie jest pilny, a potrzeba jego wykonania nie musiała w ogóle zaistnieć, bo przecież organizm funkcjonuje i ma się jak zazwyczaj. To brutalne, ale to zabieg kosmetyczny. Upiększający.
Zawsze lubiłem to porównanie. Trafiało do mnie już od czasu szkolenia.
I tak jak zabieg w medycynie - nie zawsze jest tym najlepszym rozwiązaniem, a mimo to, jest przeprowadzany. To też ekonomia, albo polityka. Czasem zabieg jest po prostu prostszą, tańszą i bardziej efektywną metodą, a czasem nic innego jak zabieg nie wywołałoby takich to a takich skutków. Albo po prostu... nikt nigdy nie dowie się czy zaistniała potrzeba jego przeprowadzenia. Linia zachodzących wydarzeń będzie inna. To wygodne.
Chyba za dużo o tym myślę.

Skontrolowałem oddech. Zostało jeszcze siedem minut i dwadzieścia cztery sekundy. Na próbę wymierzyłem Siga w stłuczoną szybę i przez celownik obserwowałem ulicę. Broń z zasady musiała raz, ze pochodzić z czasów, w jakich przeprowadzana jest akcja, a dwa: musiała być w tych czasach w miarę normalnie osiągalna. Nie mogło być żadnych wątpliwości, że cel został zlikwidowany przez zabójcę czy snajpera. Tylko celownik zawsze robiony był pod broń przed zleceniem. Wskazywał dokładne dane miejsca i czasu, w którym miał pojawić się cel. To też doceniałem i uważałem za uczciwe, mimo, że oficer nie dostawał zazwyczaj żadnych szczegółów dotyczących daty. Nie tylko miejsce oraz warunki lokalizacji były starannie dobrane, tak, żeby zminimalizować wszelkie ewentualne przeszkody, czy ryzyko zdemaskowania, ale też lokalizacja celu i czas oddania strzału. Widocznie komputery wyliczyły akurat takie dane, żeby linie zdarzeń osiągnęły później taki to a taki kształt. I tu nawet nie chodziło o maksymalną dyskrecję, którą przecież bardzo łatwo osiągnąć gdy ma się całe lata na analizy i komputery do tego zdolne. Chodziło o osiągnięcie pożądanego efektu, na przykład, żeby zdarzenie widział ten i ten człowiek, albo w ogóle, żeby zdarzenie zaszło w tym i w tym lokalu podczas takiej to a takiej uroczystości. Przecież nie zawsze chodziło o wyeliminowanie kogoś. Czasem większe znaczenie miało wywołanie określonej reakcji u kogoś zupełnie innego.
Zdecydowanie coraz więcej z tego chwytam i orientuję się coraz lepiej.

Lubiłem Siga. Sig S550 Sniper to była wygodna, profesjonalna broń. Fakt, że był ciężki i nie w każdej pozycji dawał się trzymać, i prowadzić wygodnie, ale sprawdzał się bardzo dobrze. Celownik miał do odliczenia jeszcze cztery minuty i dwanaście sekund, a ulica świeciła pustkami.
Tylko fryzjer już drugi raz wyszedł przed swój zakład i patrzył na zegarek, jakby na kogoś czekał. A przed gabinetem dentystycznym, w którego reklamę wskazywał celownik, nie było nikogo. Reszty ulicy nie widziałem przez dziurawą szybę, a rozglądać się nie było potrzeby. Nie było też na to czasu. Zostało półtorej minuty. Odpowiednia pozycja była przyjęta - wystarczyło czekać. W ogóle to było może nie proste, a dopasowane. Wystarczyło pociągnąć za spust w odpowiedniej chwili celując w odpowiednie miejsce. Naprawdę ciężko byłoby tego typu zadania jeszcze bardziej ułatwić.
A jeszcze parę ładnych lat temu włóczyłem się po podobnych uliczkach na studiach, rozmyślałem o tym, o tamtym, czym się będę zajmował, ile będę zarabiał, albo czy moja praca będzie miała sens i, czy będę robił to co będę lubił.
Ktoś podszedł, zatrzymał się. Widzę tylko ramię. Czy to mój cel? Nie przesuwam celownika, żeby zobaczyć, bo zostało jakieś osiemnaście sekund. Muszę go utrzymywać cały czas w punkcie zaprogramowanym w celowniku. Pokrywające się zielone linie pulsowały na tle reklamy gabinetu akurat na wysokości głowy ewentualnego przechodnia. Czekam.
Właściwie ciekawe co to za miasto.
Człowiek na obrzeżu mojej widoczności poruszył się i odszedł. Znów nie było nikogo w obrębie celownika. Ale pomyłka nie jest możliwa. Siedem sekund. Sześć. Jest. Idzie. Młody facet w marynarce. Wyjął z kieszeni telefon, i odebrał zatrzymując się przodem do szyby. Trzy sekundy.

Za chwilę, po wykonaniu zlecenia, nic w tym pokoju nie zostanie, poza moimi rzygowinami, a policja umorzy postępowanie z braku dowodów. Zawsze tak przecież jest. I o to chodzi.
Wstrzymać oddech. Jedna sekunda. Kiedyś miałem podobne trampki co ten koleś.
Strzał.

Karabin przeleciał mi przez ręce. Przez ręce! Co do cholery...? Ja, ja... Przecież, ale przecież widzę siebie w oknie! Ale..
Tyle krwi...
...