Ale kosmos

Wszyscy wiedzą, że narkotyki dzielimy na miękkie, twarde i narkotyki al dente. Szczęśliwi kobiet nie liczą a facet bez brody to technicznie kobieta. To są fakty i do tego nie trzeba szkoły.

Chciałbym tutaj napisać nieco poważniej ale nadal po laicku o tym, co zainteresowało mnie z ciekawości a czego nie mówił nikt w szkole. O czym ja właściwie mówię - chodziłem do szkoły gdzie w klasie było 30 chłopa. Do dziś pamiętam panią wychowawczynię, która zapytała czy robimy półmetek. Lobotomię sobie zrób głupia babo a nie półmetek.

Wszechświat! To jest interesujące. Wspominany na łamach tego kiepskiego blogaska stryjek mój miał zdrowe podejście, że nie interesuje go polityka o ile się do PZW nie mieszają. Ja właściwie mam podobne w kwestiach - nazwijmy to - szerszych. Stwierdziłem, że chcę się dowiedzieć więcej i tak się zaczęło.

Czy jesteśmy sami we wszechświecie?

Ale to jest durne pytanie. Naprawdę. Ze wszystkich ciekawych rzeczy, które się dzieją i o których nie mamy jeszcze pojęcia - wybieramy kwestię następującą: czy na innym kawałku przypadkowej planety, których jest wszędzie nasrane jak kapsli w osiedlowej piaskownicy, mieszkają inne insekty takie jak my zdolne przede wszystkim do tego, żeby się wyżynać przez dziesiątki tysięcy lat z powodu wymyślonych kolegów w niebie?
Ale dobrze, to pytanie pada mocno często i zajmuje wyobraźnię - czemu więc na nie nie odpowiedzieć jakoś sensownie? Prowadzimy przeróżne programy nasłuchowe, zatrudniamy naukowców z szeregu dziedzin po to tylko, żeby dowiedzieć się czy może gdzieś jest ktoś. Przez siedemnaście lat grupa naukowców próbowała rozszyfrować tajemnicze sygnały, wychwycone przez anteny, którymi była mikrofalówka w kuchni (true story). Po pierwsze: co chcemy usłyszeć bądź zobaczyć? Jesteśmy jak bakteria w ludzkim układzie pokarmowym, która oderwany na chwilę od swojej roboty w przebłysku świadomości patrzy na jelito i zastanawia się "Mój Boże, czy jesteśmy tu sami?". I tak i nie panie bakterio. Samotność w sensie psychologicznym wynika w tym przypadku z braku umiejętności komunikacji i wyłączenia szerszego spektrum (jakie mądre zdania człowiek po ukraińskim Tuborgu buduje). A prościej: dlaczego, u licha, zakładamy, że jakakolwiek inna cywilizacja będzie w stanie odebrać nasze sygnały i w jakikolwiek sposób je pojąć? Założenie jest równie szalone jak same badania. Problem leży w samym pojmowaniu życia jako takiego - czy inteligencji jako takiej. Myślimy o sobie jako o gatunku, którego wyobraźnia jest nieograniczona, podczas gdy jest ograniczona jak nie przymierzając dostawa kapusty do zieleniaka w sobotę. Szukamy oznak życia organicznego opartego na węglu. Czyli dla teoretycznego inteligentnego organizmu składającego się np z całych galaktyk - jesteśmy bakterią. We wszechświecie, który jest naprawdę, naprawdę duży. Sporo, sporo większy niż Poznań i Bytom razem wzięte. Nie do pojęcia, prawda? A jednak. To jest jak przeszukiwanie antycznej wioski pod kątem posiadanej broni palnej. A nawet jeśli jest to życie organiczne choć trochę podobne do nas - może być na poziomie rozwoju mrówki lub traktować nas jak mrówki. Nawet jeśli mrówka usilnie do nas macha zwracając na siebie uwagę - gówno nas to obchodzi. Poważniej: nie jesteśmy w stanie wymyślić czego rzeczywiście szukamy więc szukamy tego co znajome. To próżny wysiłek. Wszechświat to nie Kraśnik. To raczej Nowy Jork. A tam inteligencji jak na lekarstwo.
Druga sprawa: odległości. Są duże. Są tak duże, że nawet jeśli dwie cywilizacje pięknie sobie gdzieś kwitną i mają się wcale dobrze - skomunikowanie się może zająć miliony lat, podczas których obydwie sobie spokojnie wyginą i żadna się o drugiej nie dowie. Po prostu. Życie.
W momencie kiedy to piszę nasz wyczynowy podróżnik Voyager 1 jest w odległości 19 540 075 150 km a wyjechał z domu w 1977 roku. Czy to dużo km? Nie, to jest całe gówno.
Kiedyś mądry pan Artur C. Clarke powiedział "Są dwie możliwości. Albo jesteśmy sami we wszechświecie albo nie. Obydwie są równie przerażające". Póki co jesteśmy kretami szukającymi innych kretów naokoło, nie zdając sobie sprawy z tego, że nad nimi tętni życiem całe miasto. A krety słabo widzą.
Dodatkowo: nasze cierpliwie przez lata ewolucji wypracowane ego każe nam tworzyć religie i święcie wierzyć, ze jesteśmy ważni. Na kawałku skały okrążającym niczym nie wyróżniającą się, niewielką gwiazdę w pierwszej z brzegu galaktyce z potworem w środku. W samej galaktyce takich gwiazd jest pierdyliard i większość ma takie czy srakie planety. Ale nie, my jesteśmy przecież super ważni bo my to my. Byle meteoryt może za chwilę nas skasować łącznie z całą naszą historią, wszystkimi, których znamy i nie będzie żadnej przyszłości, i nikt nie zwali winy na Żydów. Polecam obejrzeć parę dokumentów, poczytać kilka artykułów - to terapia lecząca z megalomanii. I z religii. Wystarczy popatrzeć w niebo w gwiaździstą noc. Nie, nie na gwiazdy. Na odcinek całkowicie czarny pomiędzy nimi. Taki pół na pół centymetra. Tam jest sto milionów galaktyk.

Z czego składa się wszechświat?

Wiadomo, że z atomów, elektronów i tych tam, takich innych. Kolejna gówno prawda. Cząsteczki są tylko wizualizacją dla schematów. W rzeczywistości nie mamy do czynienia z cząsteczkami. Cząsteczka jest jak zdjęcie. Czy zdjęcie opisuje ciebie? Tak, dość nawet dobrze i wystarczająco by mieć pojęcie kim jesteś. Ale nie zapiszesz zdjęcia swojego syna do przedszkola. To z czego się składa wszystko dookoła to pola. Pola łatwiej zrozumieć jako morskie fale zatrzymane na zdjęciu - widzimy gdzie jest najwyższy punkt fali. Cząsteczka typu foton czy bozon Higgsa to nic innego jak zauważalna zmiana w polu zatrzymana w kadrze. Czyli w konkretnym momencie wiemy, że tu i tu fala miała swoją zmianę, możemy ją zmierzyć i pokazać wartość. To wszystko. Ale to umowa. Nie ma żadnej cząsteczki w formie naprawdę małej kuleczki. Cały standardowy model materii opisany jest w postaci poszczególnych cząsteczek po to by łatwiej było zrozumieć co za co odpowiada. Z bozonem Higgsa ( określanym strasznie smutno jako boską cząsteczkę) jest taka historia, że mieliśmy prawie cały model wypracowany od setek lat - ino nie wiedzieliśmy co nadaje innym cząsteczkom masę. Dzięki LHC (i to tam tak naprawdę powinniśmy święcić jajka, jeśli już) udało się zdiagnozować pole, które nadaje masę cząsteczkom (innym polom), które przez niego przechodzą. I voila! mamy kompletny cały standardowy model materii, który jest naprawdę brzydki. Hurra! A ile % zajmuje ten standardowy model w całym wszechświecie? 4%.
96% tego, z czego składa się wszechświat to dla nas zagadka. Jest co świętować, nie? Wszystkie możliwe planety, gwiazdy i setki miliardów galaktyk to, włącznie z nami, 4%.

C.D.N.