me, me, me.

Właśnie trafiłem na internetową reklamę Orange głoszącą: "Jesteś sobą dzięki innym". I myślę sobie, że nic bardziej podle głupiego. A nawet "O mały włos zatraciłbyś siebie przez innych". "Dzięki" innym można nigdy siebie naprawdę nie odnaleźć, i żyć w przekonaniu, ze nie ma możliwości być naprawdę sobą. Całkiem jak w przypadku roślin odbierających światło tym mniejszym, które dopiero kiełkują. Okropnym błędem i smutna porażka jest określanie własnych uczuć, kształtowanie siebie według doświadczeń innych ludzi. Cokolwiek Cię boli, pali, cokolwiek wykańcza, wysysa energie, niszczy, gnoi, nie pozwala oddychać, odpocząć, znaleźć odrobinę wytchnienia, ulgi i wolności - jest Twoja wina. Po prostu. To Ty odbierasz i nazywasz wpływ ludzi na Ciebie. To "dzięki" Twojej decyzji jak coś odebrać, jak się do tego nastawić, jak przyjąć - cierpisz, odczuwasz żal i ból. To nie ludzie, ich czyny, decyzje, słowa, sprawiają Ci smutek, przykrość, szargają nerwy. To Twój sposób na nazwanie, na rozumienie. Ale nie jedyny. W ten sposób sprawiasz, ze to inni decydują o Tobie. Wtedy zdajesz się na ich łaskę/niełaskę. I nie rozwijasz się. Nigdy, nawet przez moment, nie był do niczego potrzebny Ci świat zewnętrzny. Nigdy. Prawdziwie odnajdujesz tylko w sobie.

"Uwielbiam się z Tobą spierać".A spierasz się? Możliwe, że to jakiś specyficznie ortodoksyjny odłam spierania, bo ja na ten przykład mam wrażenie, że naklejasz mi etykietki jak oszalała metkownica. Nazywasz mnie, określasz, sugerujesz. Nie poddajesz w wątpliwość, a twierdzisz, że ja to tamto i siamto ("siamto" to jeden z mocniejszych argumentów, więce beware, a nawet be aware).

A więc: czy ja żyję?
Mógłbym właściwie, nawet nie bawiąc się w uprzejmości, napisać: nie, to Ty gówno o mnie wiesz. To Ty ściskasz w chusteczce wyobrażenia, emocje i stany, niczego nie odkrywając i wciąż, co parę dni, jak cykl - na nowo marząc o przebudzeniu. Jak skarby z dzieciństwa.
Ale tak nie napiszę, o nie, nie będę Ci ułatwiał. Bo nawet ból i zranienie Ciebie takimi słowami byłoby dla Ciebie ułatwieniem. Zamknięciem się, przesiedzeniem, czy przespacerowaniem trzech dni w mieszkaniu. To jest łatwizna, na którą Tobie tym razem nie pozwolę.

Żyję. Żyję teraz i tutaj. Mocno i mocniej. Często to swoje życie, albo istnienie zaznaczam bardzo wyraźnie, ostro. I zgadza się, że nie patrzę czy ktoś właśnie położył rękę na mojej, rysowanej skalpelem po szkle, linii życia. Żyję, kształtuję siebie, rozwijam, szukam, nie akceptuję prostych, banalnych odpowiedzi i rozwiązań. Nie poddaję się, szukam, znajduję, a co znajdę, wdrażam, modyfikuję, sprawdzam, czy jest prawdziwe do szpiku kości, a jeśli tak - przyjmuję, ale nie boję się i tego zastępować czymś nowym, jeszcze bliższym prawdy. I przede wszystkim nie lituję się nad sobą, nie cackam i nie tłumaczę się ani przed sobą ani przed innymi.
Żyję i w moim życiu nie brak szczęścia, bo je wybieram. Potrafię wybierać, określać, czego potrzebuję, a czego pragnę. Potrafię za tym wyborem iść i postępować w zgodzie ze sobą, co krok.
Ty to potrafisz?

Przede wszystkim nie zadałbym Tobie pytania "czy żyjesz". Bo mnie to kompletnie nie interesuje. To znaczy: owszem, chętnie Cię czytam i poznaję, ale Twoje wybory są Twoimi wyborami. To, że tkwisz w poszarpanych i zwiewnych emocjach, jak zaklęta ich nie nazywając i jak napalona ekolożka broniąc przed ogarnięciem, by pozostały dziewicze, nietknięte i istniejące same sobie, choć w Tobie - to także Twój wybór. Ja mogę przedstawić swój punkt widzenia i skonfrontować go z Twoim, ale to nadal Twój wybór, Twoje losy, Twoje życie. Nie śmiałbym powiedzieć "a co Ty do cholery robisz ze swoim życiem wiecznie marząca księżniczko?". Choć paradoksalnie właśnie to zrobiłem. Ale grunt, że nie śmiałbym.

Ja żyję. I wybieram to, co dla mnie prawdziwe. Wybieram to kim jestem. A potem Jestem.
Egocentryzm i narcyzm we mnie łączysz z nienawiścią do własnego życia? Pokrętnie działa Twój umysł skoro udało mu się takie sprzeczności umieścić w jednym zdaniu. Ale nie będę się naigrawał.

Egocentryzm. Owszem - lubię, bardzo lubię, gdy się mnie chwali, wyróżnia, zauważa i docenia na różne sposoby. Bardzo. Ale wiem, że za tym stoi chęć... posiadania. Posiadania części mnie, nadzieja odwdzięczenia, bycia, wejścia, znalezienia, przygarnięcia. Że to wszystko kiedyś stanie się przynętą na haczyku. Ja smakowitego robaka ugryzę, a za chwilę ktoś pociągnie za haczyk. To jak z truskawkami w bitej śmietanie - są przepyszne, ale czeka mnie po nich taka świstówa, że w dżinsach będąc, uratuje mnie tylko żyletka, żeby całych nie zasrać. Komplementy, porównania, wyjątkowości i deklaracje za moment - gdy określę się po nich, żeby wiele stało się jasne, gdy odrzucę tą różowawą mgiełkę banałów - przekształcą się w kredyt od Providenta. Spróbuj nie oddać, a oddawać będziesz musiał już zawsze.
A mimo to, chętnie najem się truskawek. Ważne, żebym nie odchodził od kibla zbyt daleko.

Egocentryzm. Określam siebie tak jasno jak szczyny na śniegu. Wyjaśniam po kilka i kilkanaście razy. Mówię na zmianę rozpoetyzowanym i wulgarnym językiem, kim jestem, czego chcę, czego nie. Gdy chcę dokonuję wyborów, gdy nie chcę - odrzucam. I w zamian otrzymuję nalepki egocentryka i narcyza. Właściwie dobrze, bo mógłbym otrzymać tabletki, np prozac.
Czuję się trochę jakbym mówił do pralki o tym, że dziś jest nieco chłodniej niż wczoraj. I że mnie boli noga. A pralka przeskoczyła na 90 C w odpowiedzi na moje wywody. No ale, jakem rzekł zdziebko wyżej - nie szukanie także jest Twoim wyborem. Nie-szukanie-głębiej.

"Jak to poczujesz i zakochasz się, tak jak kiedyś w Kattii, będziesz zdolny do wyzwolenia się ze swojego egocentryzmu... pozostając najcudowniejszym facetem na ziemi."
Ooo... Panno Gołota, kopiemy się więc po jajach? Skoro tak, to wierz mi, że choć jesteś kobietą, to je znajdę u Ciebie.
No tak. Jakie to genialnie proste, prawda? Zakocham się, koniecznie tak jak w Kattii i będę już grzeczny, uczynny, a co najważniejsze - zerwę się w każdą niedzielę do kościoła na 8:00.
NIE.
Zupełnie nie tak.
Tworzę siebie. Nie kreuję siebie a stwarzam. Nie wymyślam sobie wrednie-narcystycznie-egocentrycznego charakteru, ot, dla jaj, albo z nudów. To co odbierasz jako naiwnie-infantylnie egocentryczne, to co odbierasz jako "brak prawdziwej szkoły życia", albo "nietkniętą wizję świata" hodowaną bez konfrontacji z rzeczywistością, to moje odcinanie się od naiwnych wyjaśnień, moje nie-wybieranie-papki-dla-wszystkich. I ja potrafię wybierać konsekwentnie. Czy wybory, na każdym kroku, decyzje, które przechodzą w chwili wyboru do rzeczywistości - to jest to moje życie pod kloszem?
NIE.
Twoje słowa brzmią jak słowa rybki akwariowej, która pływając mówi do podziwiających ją w zoo ludzi: Wyzwólcie się, gdyż nie wiecie co to prawdziwe życie.
A potem rybka groźnie i rewolucyjnie patrząc, wcina suszone robaczki, które ktoś z opiekunów jej wrzucił.

Najcudowniejszym facetem na ziemi. Tak. Wg Ciebie.
You see... W związkach zupełnie nie chodzi o to, żebym, czy żeby jedna osoba zmieniła się tak, żeby tej drugiej było cudownie, wygodnie, miło i wspaniało. Dzięki czemu ta druga osobistość poczuła, ze oto start, oto może rozkwitać, rozwijać się i w końcu robić coś ze sobą. Wreszcie żyć. A dopóki nie nadejdzie moment zmiany w tej pierwszej osobistości, ta druga oczekuje, marzy, wierzy, ma nadzieję i trwa.
Nie ma jak zacytować Shreka podcierającego się bajką: - To se kurwa jeszcze poczeka.
NIE (po raz 3). Sporo związków, czy tam małżeństw, trwa dzięki silnej wierze, że partner się zmieni, że pojmie, że wreszcie, że się ocknie. Wybacz porównanie, ale kucharz, który ładuje zielsko do gara, po czym siada i z miną objawionego zaciska kciuki w nadziei, że woda się zaraz zacznie gotować sama z siebie - to gówno nie kucharz.
W związku jesteś kimś zupełnym, stworzonym i ciągle siebie tworzącym. Twój partner to osoba, do której odnosisz swoją zupełność, siebie całą, szczęśliwą, zupełną, tą, której nie brakuje żadnej części, cząstki, fragmentu. Jesteś kimś zupełnie i skończenie świadomym.
Natomiast, jeśli czekasz aż ktoś Cię uzupełni, dokończy, złączy, odkryje, to... Shrek.
Dwójka ludzi, którzy się uzupełniają, dopełniają i spotykają by odnaleźć szczęście i od niego zacząć podróż do spełnienia siebie? Wyobrażasz sobie siebie, stojącą przy kasie w MediaMarkt i mówiącą do kasjerki: "Oto dzierżę telewizor, mój jedyny. Wybrałam go a on mnie. Wierzę, że teraz będę w stanie za niego zapłacić".
Ale mimo oczu prawdziwie oświeconego proroka, pieniądze trzeba mieć wcześniej.
Jaśniej: najpierw szczęście, najpierw odnalezienie wszystkiego a potem ktoś, kto będzie obok, przy, z.

Dlatego nie będę najcudowniejszym facetem na ziemi, gdy odrzucę siebie.
Ja nim jestem.
Już.
Sobą.