we mgle

Nie jest trudno podążyć za ideą, jeśli dzieje się, jeśli jest, a żaden czas nie musi upłynąć, żeby kształtowała się i dokonywała tego, co jest jej materią.

Jest taka scena, gdy Indiana Jones ma przekroczyć kanion po ścieżce, której nie widać.
Wystarczyła garść piasku.

A co jeśli czas przed Tobą, do odnalezienia, do zrozumienia, do poznania idei, do odkrycia czym jest, co jest jej materią - co jeśli ten czas, będzie musiał opierać się, kształtować się i tętnić pomiędzy nitkami, śladami po ulotnych ścieżkach emocji?
Z pewnego gruntu, ze znanej stopom powierzchni, z miejsca, w którym niczego nie trzeba wyjaśniać, a umysł właściwie automatycznie i swobodnie przekazuje doskonale znane, wyszlifowane i zgrane bodźce do odpowiedniego kierowania każdą komórką, zaczynasz stąpać w sposób i w stronę, na której samą myśl rozsądek wszczyna pucz.

Emocje, owszem, pomagają, oczyszczają, wskazują, sygnalizują, są jak czułki dla całkowicie ślepych owadów, by te mogły się nawzajem poznać, dowiedzieć się o sobie tego, co inną drogą byłoby niemożliwe. Ale... Ale oprzeć swoje kroki, przepuścić swoją drogę przez czas, w którym żadne inne bodźce, żadne wskazówki, żaden racjonalny dowód nie istnieje? Skraj pewnej drogi, twardego podłoża, grunt, który do tej pory był ledwie dostrzegalnym elementem każdego kroku, podkładem, tłem dla obojętnego właściwie posunięcia i sam był obojętny - kończy się. Następny krok, całemu systemowi utrzymywania organizmu, jest wbrew i na przekór.
Tętniące, wybiegające, wyrywające się myśli, są jak ślepi jeźdźcy dosiadający rwących rzek emocjonalnych prądów, których biegu, toru ani zwrotu nie sposób określić, a gdyby nawet pojawiła się jakaś znajomo brzmiąca nić kierunku, za chwilę pręży się, spina i mknie w stronę, która wymknęła się zdrowym, bazującym na doświadczeniu kalkulacjom.
Przy pierwszym, drugim kroku, rzucona przed siebie garść prawdziwie żywych serpentyn zmieniających kształty półśniących, coraz odważniejszych myśli, na krótką chwilę wskazuje drobny fragment mostu w kompletnej bieli. Jego zarysy, wtedy tak kurczowo, z zaciśniętymi powiekami zapamiętywane po to by umysł choć przez dwa-trzy uderzenia serca myślał, że grunt rzeczywiście istnieje. A świadomość z niedowierzaniem kręci głową torpedowana setkami narastających sygnałów kształtujących się w jeden wyraźny komunikat dotyczący rzeczywistości, która właśnie łamie się i gnie, wygina i napina, wijąc się pomiędzy tym co pewne i stabilne, a szaleństwem tych kroków z malującą kontury garścią emocji w ręku.

Droga w pnącym się i wijącym zawieszeniu bez punktów odniesienia innych niż zanikające i brzmiące na nowo wstęgi i pieniste fale zmysłów. A co krok to chłodne, rześkie, wręcz mrożące powietrze wciągane do płuc pośród kakofonii bombardujących umysł ostrzeżeń o kompletnym szaleństwie kolejnych fragmentów tej czynionej po omacku podróży. A jedynym kompasem kolejna garść nie zawsze chcących objawiać zarysy, emocji. A przecież one nie są, jak u Jonesa piasek, stałe, trwałe na tą chwilę ukazującą dwie, trzy deski mostu, w zależności od tego, na ile starczyło piasku. One drżą, wyrywają się, wracają, nikną bez śladu i bezpowrotnie wypierane przez inne, które zawrócą ale zmienione, albo wryją się torując gęstwiącą ścieżkę dla tych, które wsunęły się w nią okazyjnie i teraz smakują zupełnie inaczej, ogłupiając protestujący umysł jeszcze doskonalej.
Żadnej odległości, ogólny obrys kierunku, nieświadomość precyzji i kompletnie losowy zmysł równowagi. A jednak udaje się krok, którego umysł sobie nie przywoływał nawet w snach, ot, dla sprawdzenia czy jest to w ogóle możliwe.
A most istnieje. A jednak to emocje dziwią się Tobie, że tak niesłychanie w niego nie wierzysz, i nadal są przy Tobie, gdybyś potrzebowała kolejnej ich garści by przez mgnienie bardziej poczuć niż zobaczyć ten niezbędny następny fragment.