Z życia.

Wracam sobie do domu pijany, ale tak kulturalnie – żadnych awantur z meblami. Włączam sobie komputer, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, a tu nie ma Internetu. No nie ma, nie ma, nigdzie nie ma. Jako, że zostałem natchniony za pomocą mikstury, stwierdziłem, ze żal iść spać zanim się nie spróbuje znaleźć rozwiązania. Informatyk ze mnie żaden. Coś poklikałem, coś otworzyłem, jakieś wyszukiwanie rozwiązania problemu (ciekawe czemu to się tak nazywa, przecież to jest diagnozowanie jednej z możliwych przyczyn), jakieś właściwości czegoś zaawansowanego, aż w końcu się otworzyło okno pomocy i powiedziało mi „Wpisz temat pomocy”. No to wpisałem „Chuj mnie pomoc, net ma działać a nie tam”. I najciekawsze, że net zadziałał.

Są takie filmy. To znaczy inaczej: tu, w tej przypowieści chodzi o to, że chodzi o coś więcej. Takie filmy, że pani się rozbiera przed kamerą i coś tam dalej się produkuje. Tak więc rozebrała się pani do bielizny. Tu warto nadmienić, że ręczniczek już przygotowany a klawiatura wsunięta (to Logitech Wave, szkoda, żeby trzeba go było jakoś czyścić). Idealnie gdyby była jeszcze miseczka z wodą (letnia, nie za ciepła). Pani na ekranie kontynuuje swą rozbieralność a ciało ma, trzeba szczerze przyznać, szałowe. Pełne piersi (choć nie za duże) lekko opadające (ale nie za nisko) pod własnym ciężarem. Śliczna dziewczyna jednym zdaniem. Pełen relaks a dodatkowo pani sympatyczna. Jak zazwyczaj – wideo przeznaczone dla jakiegoś boyfrienda, leci dla nie go kartka, którą pani zawczasu narychtowała: 4U, Happy Birthday. I serduszko. No jak uroczo. Tylko, że kartkę przygotowała pisząc na niej od prawej do lewej, tak, żeby w lustrze napis wyglądał poprawnie. Z tym, ze siedzi przed kamerą a nie lustrem. Ja pierdolę, jaki tuman. Człowiek się zrelaksował, odprężył i chuj (nomen omen) strzelił całą atmosferę.